Świadectwa Grupy Magnificat

SZCZĘŚĆ BOŻE,
DO GRUPY MODLITEWNEJ MAGNIFICAT ZAPROSIŁA MNIE ZNAJOMA,KTÓRA WIDZIAŁA MÓJ STAN PSYCHICZNY I DUCHOWY,BYŁ ROK 1998.
ODNALAZŁAM TU BOGA PRAWDZIWEGO.MOJA WIARA DO TEJ PORY BYŁA POWIERZCHOWNA,NIE ROZUMIAŁAM WIELU TEMATÓW,NIE UMIAŁAM ROZMAWIAĆ
Z BOGIEM.ŻYCIE MOJE BYŁO WYPEŁNIONE OBOWIĄZKAMI WYCHOWANIA DZIECI I PROWADZENIA DOMU.ZMIANA MIEJSCA ZAMIESZKANIA BYŁA DLA MNIE CIĘŻKIM
PRZEŻYCIEM,BO NIE MIAŁAM NIKOGO BLISKIEGO OBOK SIEBIE OPRÓCZ RODZINY.
BARDZO PRZEŻYŁAM MOJE PIERWSZE SPOTKANIE MODLITEWNE W HELU. STARAŁAM SIĘ JAK NAJCZĘŚCIEJ UCZESTNICZYĆ W EUCHARYSTII I SPOTKANIACH MODLITEWNYCH,
JEŹDZIŁAM JAK TYLKO MOGŁAM NA SPOTKANIA  W CZĘSTOCHOWIE,ŁODZI,SWARZEWIE,JURACIE.
CIESZYŁAM SIĘ NA KOLEJNE WYJAZDY .WIDZIAŁAM JAK ZMIENIA MNIE BÓG,MOJE PODEJŚCIE DO TRUDNYCH SYTUACJI RODZINNYCH.
WIARA W BOGA OŻYWIONA ZOSTAŁA PRZEZ UCZESTNICTWO W REKOLEKCJACH,CHRZCIE W DUCHU ŚWIĘTYM W ŁODZI.
DOSZŁY NOWE OBOWIĄZKI W DOMU-OPIEKOWAŁAM SIĘ MOJĄ MAMĄ I TEŚCIOWĄ.
BYŁO MI TRUDNO,ALE WIEDZIAŁAM,ŻE TYLKO Z POMOCĄ BOGA PODOŁAM.TAK BYŁO,MIAŁAM SIŁY I CIERPLIWOŚĆ.
PAN BÓG TAK UŁOŻYŁ DALEJ MOJE ŻYCIE,ŻE WIEDZIAŁAM,ŻE TYLKO Z JEGO POMOCĄ WYTRWAM. KAŻDE SPOTKANIE MODLITEWNE W HELU
UMACNIAŁO MNIE I JESZCZE BARDZIEJ ZBLIŻAŁO DO BOGA.
BYŁ ROK 2007,PRZEŻYŁAM UDAR NIEDOKRWIENNY Z UTRATĄ CAŁKOWITĄ WZROKU.
ODDAŁAM SIĘ CAŁKOWICIE BOGU.UDAR BYŁ NIEROZPOZNANY,DŁUGO PRZECHODZONY,WZROK BARDZO POWOLI WRACAŁ.
PROSIŁAM BOGA O POMOC.POSTAWIŁ MI NA DRODZE LUDZI-NAJPIERW NASZA GRUPA MODLIŁA SIĘ,A PÓŹNIEJ SPOTKAŁAM LEKARZY,KTÓRZY ZAJĘLI SIĘ MNĄ.USŁYSZAŁAM OD LEKARZA,KTÓRY
PRZYJMOWAŁ MNIE DO SZPITALA,ŻE MAM BARDZO DOBREGO ANIOŁA STRÓŻA. TAK BYŁO.PAN BÓG DOPUŚCIŁ NA MNIE TĄ UTRATĘ WZROKU ABYM ZAUFAŁA JEMU,PRZEJRZAŁA I JESZCZE BARDZIEJ
POKOCHAŁA JEGO.
DZIĘKUJĘ BOGU ZA KAŻDY DZIEŃ,ZA KAŻDEGO CZŁOWIEKA SPOTKANEGO,ZA KAPŁANÓW A PRZEDE WSZYSTKIM ZA BRACI I SIOSTRY Z GRUPY MODLITEWNEJ.BYLI I SĄ DLA MNIE RODZINĄ,
WIEM, ŻE TO PAN BÓG POSTAWIŁ ICH NA MOJEJ DRODZE ŻYCIA.
OTRZYMAŁAM BARDZO WIELE ŁASK WYMODLONYCH PRZEZ SIOSTRY I BRACI.WZROK ODZYSKAŁAM-TO CUD,RAZEM MODLIŁYŚMY SIĘ PRZY UMIERAJĄCEJ MOJEJ MAMIE,
ZAWSZE KIEDY POTRZEBNA JEST MODLITWA WSTAWIENNICZA -DZIEJĄ SIĘ WAŻNE SPRAWY W MOIM ŻYCIU.
GDYBYM MOGŁA JESZCZE RAZ COFNĄĆ CZAS I DOKONAĆ  WYBORU ŚCIEŻEK MOJEGO ŻYCIA NP. NA CIEKAWSZE I WYGODNIEJSZE,
WYBRAŁABYM TO SAMO -BO POZNAŁAM I POKOCHAŁAM BOGA PRAWDZIWEGO,NADAL UMACNIAM WIARĘ,WIEM,ŻE JEST ZE MNĄ BÓG A JA JESTEM JEGO DZIECKIEM.
ZGADZAM SIĘ Z WOLĄ BOGA,ODSZUKUJĘ JEGO WOLĘ,WIEM,ŻE NIE MA PRZYPADKÓW W ŻYCIU-MAMY WOLNĄ WOLĘ I CODZIENNIE DOKONUJEMY WYBORÓW.
BĄDŹ UWIELBIONY BOŻE W KAŻDYM CZŁOWIEKU
DZIĘKUJĘ PANIE BOŻE ZA TWOJĄ MIŁOŚĆ
ANNA

tr

 

Bóg jest cierpliwy i nad podziw miłosierny!

To był rok 2011, jak zwykle niepokorna, szukałam sensu, spełnienia i czegoś nowego w pracy zawodowej i jak zwykle nie tak jak powinnam. Wypalona problemami innych, prosiłam; Panie pomóż, daj znak co nowego powinnam robić, co jeszcze mogę zrobić,       a kiedy On pokazywał, TO JEST WAŻNE to i tak robiłam po swojemu, naprawdę bez względu na wiek, a przez zachowanie, jesteśmy dziećmi, chociaż dziećmi Boga.
W sierpniu 2011 złożyłam dokumenty żeby zdobyć nowy zawód, zawód kynoterapeuty, moje wielkie marzenie, praca z dzieckiem        z deficytami z psem w roli motywatora i ewentualnie terapeuty. Zajęcia rozpoczynały się późnym październikiem, kiedy znałam już termin okazało się, że w tym samym czasie jest spotkanie Wspólnoty w Swarzewie. Wybrałam studium. Bóg mówił, zostaw, jedź na spotkanie, to ważniejsze. Leszek podsumował; po co jej to, jak długo będzie jeszcze pracować, a ja swoje. Gdybym wiedziała jaki to będzie rok i co dalej, zrobiłabym inaczej, Bóg wiedział.
Jeździłam więc do Bydgoszczy na zjazdy, kształciłam się, rodzice opiekowali się domem, kiedy nagle u mamy pojawiły się ostre bóle w jamie brzusznej, po kilku próbach rozpędzenia zatrzymano ją w szpitalu. Tomografia, rezonans i informacja, musimy operować, coś jest, nie wiemy co, operacja ratująca życie – nieplanowana, będzie przeprowadzona w nocy, proszę przyjechać rano. Ucałowałam mamę, odwiozłam tatę i zadzwoniłam na Hel z prośbą o modlitwę. O siódmej rano byłam w szpitalu, biegiem do mamy, już po operacji, słaba, ale szczęśliwa wyszeptała, że wszystko dobrze był guz, ze wycieli, ale musieli założyć stomię na jelicie cienkim i za jakiś czas zdejmą. Szczęśliwa pobiegłam do lekarzy (operowało dwóch) z podziękowaniami i jak kubeł zimnej wody usłyszałam diagnozę: otworzyliśmy i zaszyliśmy, ogromny guz pod kątnicą, wrósł we wszystko, sączy się z niego jakiś płyn, jest nie do usunięcia tak jak był nie do wykrycia, bo w tym miejscu mógł rozwijać się latami, założyliśmy stomię, żeby ratować życie, mama jest bardzo wyniszczona, zostały jej trzy-cztery dni życia, cudem będzie jeżeli wyjdzie ze szpitala. Szok, brak zgody, że to się dzieje. Prosiłam lekarza, żeby nie mówić mamie, ale nowe przepisy nie pozwalały, obiecał tylko, że poczeka jeszcze z tą informacją. Jedyne co jak zawsze mogłam zrobić to zadzwonić do Jadzi, prosić o wsparcie Wspólnotę i modlić się, to była niedziela. Pojechałam do Kościoła, tak bardzo potrzebowałam dobrej spowiedzi i Pan zaczął działać. Stanęłam w kolejce do konfesjonału i kiedy miałam podchodzić nagle przyszedł ksiądz, którego spowiedzi bardzo ceniłam, potem kiedy spłakana odeszłam od konfesjonału usłyszałam słowa z Ewangelii; wstań i idź, twoja wiara Cię uzdrowiła, kiedy podniosłam oczy zobaczyłam napis na dole obrazu; Jezu ufam Tobie. To się działo, wiedziałam, ze będzie dobrze, wierzyłam !!!! Leszek powiedział kiedyś ; „wiara dziecka czyni cuda”, bo ja wiedziałam, że będzie dobrze chociaż rozumowo było to niemożliwe i wyglądało, że wszystko jest źle i coraz gorzej. Mamę przeniesiono do sali ogólnej, było nas dużo, chcieliśmy pomagać, nie było miejsca i wtedy mama dostała zakażenia i otrzymała izolatkę w postaci dużej sali z łazienką. Źle założono jej sączek, dostała w nocy krwotoku i lekarze zaczęli się nią bardziej opiekować, a po trzech dniach usłyszałam od lekarza prowadzącego, że nie wiedzą co się dzieje, żebym jeszcze raz porozmawiała z lekarzami, którzy operowali. Lekarze przepraszali, usłyszałam słowa, że naprawdę widzieli !!!, że było ich dwóch, że są doświadczeni i że po ponownych badaniach okazało się, że nie ma nic !!!!!!!                Oni się jąkali, a ja wiedziałam, że tak miało być, Chwała Ci Panie. Powrót do zdrowia trwał pół roku, stomia na jelicie cienkim wyniszczała mamę, trzy razy wracała odwodniona do szpitala, usuwano polipy, zamknięto stomię, pojawił się oczny (najcięższy ) półpasiec, ale Bóg czuwał, ta 77-letnia kobieta wyszła ze wszystkiego. Dostała jeszcze dwa lata życia i ogromne szczęście cieszenia się pierwszym prawnukiem Franiem.             A ja skończyłam kynoterapię; opiekując się mamą, pracując, realizując praktyki, zdałam egzaminy, na które Jadzia powiedziała; jedź!
Boże tylko Ty wiesz, że po ludzku to nie byłoby możliwe, Dzięki Ci, dziękuję Wspólnocie.
Dwa lat później mama odchodziła. Zdiagnozowano raka żołądka. Operacja nie miała sensu ze względu na wiek i stan powłok brzusznych po wszystkich przejściach, o chemii nie chciała słyszeć, ale i lekarz nie upierał się; nie ten wiek, nie ten stan organizmu.       To były trudne miesiące, dziesięć miesięcy i jeżeli w odchodzeniu może być coś dobrego to to, że prawie nie cierpiała, to kolejny cud, że cały czas brała jednakową i wcale nie najmocniejszą dawkę leku, że dostałam pół roku urlopu i mogłam z tatą się nią opiekować, że mogła być do końca w swoim domu z ukochanymi kwiatami na balkonie, czysta, zadbana, godna, że odwiedziła ją Jadzia z modlitwą, że była kochana, zaopiekowana, że był ksiądz, cudowni ludzie z hospicjum domowego i że wszyscy ją kochali, że Wspólnota była z nami, że mogłam być przy niej gdy umierała i że Jadzia prowadziła mnie jak mam jej pomóc w drodze do Pana.
Dwa lata po mamie odszedł tata, nagle w ciągu dwóch tygodni, zarówno o niego jak i rodziców mojego męża modliła się Wspólnota,o wszystko co najlepsze; odchodzili wyciszeni, spokojni, pogodzeni z Panem. Dziękuję Wam.
Dziękuję za wsparcie dla mnie i wszystkich, którzy prosili mnie o telefon do Wspólnoty; kiedy patrzyłam jak działa Pan moja wiara mogła się tylko budować; wiem już, że Bóg nie jest książką życzeń, ale robi wszystko to co dla nas najlepsze nawet jeżeli myślimy         i chcielibyśmy inaczej, daje nam znaki, których często nie chcemy widzieć, prowadzi drogami, o których po latach wiemy, że były najlepsze z możliwych i jeżeli się na nie zgadzamy to naprawdę ufamy Mu i zawierzamy wszystko, a to wcale nie jest łatwe, bo żadna miłość nawet Boża nie jest łatwa. Ale warto, kiedyś mój mąż rozpaczał, ze jest w rejsie (stał na Malcie) i nie może być na spotkaniu    w Swarzewie i Bóg go znalazł. Jedyny raz w jego 30-letniej pracy na morzu, nagle na nabrzeżu pojawiło się dwóch księży                     z zapytaniem czy mogą odprawić mszę na statku (a statków było dużo i właśnie ten !!!), było pięknie, w tym samym czasie kiedy była msza w Swarzewie, Jurek z częścią załogi przyjmował Pana na statku, bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.
Na koniec tylko chciałam napisać jak Bóg prowadzi do siebie z powrotem, mojego młodszego syna, uparciuch jak jego mama              w pewnym momencie życia oddalił się od Kościoła, ale Bóg o nim nie zapomniał, żeby nie odszedł zbyt daleko; ktoś zaprosił go na świadka na ślubie kościelnym, ktoś   na chrzestnego, a teraz siostry zakonne prowadzące hospicjum nawiązały kontakt z apteką i Bartek stale wozi leki, realizuje recepty, bywa na Wigilii i przed Wielkanocą oczywiście razem z synami, a ostatnio dostał imienne błogosławieństwo dla całej rodziny od papieża Franciszka, bardzo ceni siostry i ich działalność więc Panie prowadź go do siebie tak jak kiedyś mnie i Jurka. Jezu ufam Tobie. Ania
Leszku, pozdrawiam Was.

 Świadectwo o tym, jak poznałem Przyjaciela.

Na samym początku chciałbym zaznaczyć ,że w pisaniu o swoich przeżyciach to ja nigdy zbyt dobry nie byłem i tak mi pozostało.Jednak nie mogę też pozostać obojętny na to, co Jezus Chrystus uczynił w moim życiu.Dziś mam 42 lata i „trzymam z Panem Bogiem”,ale nie zawsze tak było.

     Urodziłem się w rodzinie, powiedzmy „katolickiej”jednak bardziej z tradycji aniżeli jakiejś głębszej potrzeby.Chodziłem z bratem do kościoła ,ale raczej rzadko(jakoś zawsze udawało nam się z tego wymigać).Tato nadużywał alkoholu,podnosił rękę na mamę.Nie miałem z nim dobrych stosunków.Jako młody chłopak wolałem życie uliczne,tam podobało mi się zdecydowanie bardziej.O Bogu w ogóle nie myślałem,nawet mi się nie śniło zaprzątać sobie Nim głowę. Byłem znany na dzielnicy: rozboje,narkotyki,kradzieże, sex, jednorazowe spotkania z kobietami to było to co mnie kręciło.Adrenalina! Nie bałem się niczego i nikogo,życie było mi obojętne. W takich okolicznościach uzależniłem się od pornografii i masturbacji.Nie widziałem w tym nic złego, ale też prawda jest taka, że szczęścia mi to nie dawało,wewnętrznie czułem się pusty,zakompleksiony, niechciany…Co gorsza nie miałem pomysłu na to, czym  tę pustą przestrzeń w swoim sercu wypełnić. Dziewczyna z którą byłem 2 lata z dnia na dzień mnie zostawiła. Zabolało mnie to i  po tym zdarzeniu,kobiety postrzegałem jedynie jako obiekt seksualny.W 2001 roku w wakacje razem z bratem i wujkiem postanowiliśmy otworzyć działalność gospodarczą…padło na Hel. Dzisiaj wiem,że Pan Bóg wybrał to miejsce. Czekał tam na mnie. Pamiętam, że było to ładne popołudnie, stałem z kuzynem i wtedy ją zobaczyłem…środkiem ulicy szła,pewna siebie, nie oglądając się na nic dookoła. Od razu  – nie wiem jak, nie wiem skąd – poczułem i powiedziałem to głośno, ona będzie moją żoną (mój ziomal miał z tego powodu niezły ubaw.) Minęło trochę czasu,wysiłku,starań, aby doszło do naszego pierwszego spotkania,ale udało się.Nie było tak łatwo z tą moją – wtedy jeszcze nie żoną. Ona chodziła do kościoła,jej tata był bardzo wierzący i zakochany w Bogu.Musiałem się jakoś przypodobać, więc szedłem z nią na Mszę św. …Jednak prawdziwym wyzwaniem było dla mnie dopiero to, że kazała mi iść do spowiedzi.Ja do spowiedzi -pomyślałem! – toć tyle lat nie byłem, nawet nie pamiętałem już, jak to się robi, jak należy się spowiadać.Kapłan siedział w konfesjonale,ja stałem przed i stałem…czułem lęk,strach,ale i wzrok mojej dziewczyny (niezbyt miły).Uklęknąłem jednak wreszcie, wyrzuciłem z siebie wszystko, jednym tchem i poczułem ulgę…niesamowitą ulgę.Od tamtej chwili zacząłem iść małymi kroczkami w kierunku Jezusa…jak dziecko które stawia swoje pierwsze kroki.Upadałem,wstawałem i szedłem dalej.W wieku  25 lat przyjąłem sakrament bierzmowania,zawarłem związek małżeński przed Bogiem z dziewczyną,którą Bóg postawił na mojej drodze. Należę do; róży mężczyzn i róży małżeństw, do cudownej Grupy Magnificat na którą zawsze mogę liczyć.Jezus uwolnił mnie z moich zniewoleń,uzależnień.Jestem wolny! Dziękuję Chrystusowi za to,że postawił na mojej drodze tak wspaniałych ludzi,którzy pokazują mi drogę do Jezusa.Dziękuję Matce Bożej za opiekę.Jezu jesteś moim najlepszym przyjacielem,wolałbym umrzeć niż żyć bez Ciebie! Kocham Cię !

Nawrócony chuligan

 Hel, Wielkanoc 2019r.   Wspólnota Magnificat.

Ps. Od czasu kiedy osobiście spotkałem P. Jezusa, paradoksalnie chcę o Nim wiedzieć coraz więcej. Dlatego czytam sporo literatury katolickiej. W jednej z książek  / „E-mail od Pana Boga do mężczyzn – Andy Cloninger”/  znalazłem e-mail, który odbieram bardzo osobiście, wierząc, że został skierowany właśnie do mnie cyt;

Mój Synu!

< Zanim objawiłem ci Moją miłość, byłeś wypełniony winem wysokiego mniemania o sobie i samolubstwa. Kiedy zostałeś pochwycony przez Moją prawdę zacząłem oczyszczać cię ze zwietrzałego wina.  Ale wciąż jeszcze nie jesteś gotowy do tego, aby przyjąć mocne, nowe wino, które chcę w ciebie wlać. Twoje stare wyobrażenie o tym, kim jestem, jak kocham, pomagam i działam, to nieodpowiedni pojemnik do przechowywania Mojej prawdy. Oczyszczenie cię ze starych rzeczy jest niewystarczające. Zanim wypełnię cię nowych Duchem, musisz szybko zgodzić się na przekształcenie całego naczynia. Pozwól mi odnowić twój umysł i uczynić go gotowym na przyjęcie wina Mojego nowego życia.

Dawca Nowego  Życia,

>Bóg

Zgadzam się Panie. Bogu się nie odmawia.

 

mb-wejh

Droga Krzyżowa na Kalwarii Wejherowskiej 05.04.2019 r.

Stacja XIII :Pan Jezus z krzyża zdjęty i złożony na kolanach Matki Bożej.

To już ponad 20 lat minęło – a takie żywe….

Mój syn urodził się chory, często zdarzało się, że kładłam spać dziecko w bardzo dobrym stanie, a już za parę minut trwała walka o jego życie. Bywało, że zawiniętego w koc biegiem zanosiłam z prośbą o pomoc do naszej Pani doktor , za co do dzisiaj jestem Jej niezmiernie wdzięczna.

I znowu horror – walka o zdrowie dziecka. Jest noc, syn leci mi przez ręce, a ja z wielką rozpaczą oczekuję karetki pogotowia. Widzę, że jego paluszki i nos wydłużają się, przypomniało mi się, że kiedyś czytałam w jakiejś literaturze o takich objawach przy umieraniu. Synek jest już w zasadzie nieprzytomny. Przytulam go na moich kolanach i…… spojrzałam na obraz, który przede mną wisiał. To Ty Mateczko zmierzyłaś mnie swoim spokojnym, kochanym wzrokiem. Natychmiast poczułam lekkość w sercu, a łzy leciały z moich oczu strumieniem.

Tak, płakałam i powiedziałam Tobie na głos, że jeżeli już tak się musi stać z moim syneczkiem, to ja się zgadzam i błagam Ciebie o opiekę nad nim tam, w Niebie. Powiedziałam Mateczce, że jestem szczęściara, bo nie tulę zmasakrowanego ciała mojego syna. Matko Boża, bardzo poczułam Twój ból, gdy tuliłaś Jezusa zakrwawionego, obitego, oplutego.  Łkałam w głos i bardzo Tobie współczułam, Twój ból był nie do zniesienia. Nagle usłyszałam ( nie w uszach, lecz gdzieś w środku, nie potrafię tego dokładnie opisać) – „zmów z synem dziesiątkę różańca”. Byłam zaskoczona, jak?Przecież syn mój już nic nie kontaktował. Zapytałam na głos czy da radę pomodlić się ze mną i bardzo zdziwiona zauważyłam, że pokiwał głową. Obłożyłam dziecko poduszkami i pomodliliśmy się na różańcu.

Potem, to już był automat: syn się zerwał, poprosił o nową pidżamę, poszedł pod prysznic, po wszystkim położył się do łóżka i zasnął. Ja nawet nie zdawałam sobie sprawę z tego, co się dzieje. Dopiero po jakimś czasie zaskoczyłam, że dziecko oddycha spokojnie i śpi w najlepszym zdrowiu.

Moje łzy radości obmywały paciorki różańca, na którym modliłam się dziękując Mateczce za wstawiennictwo, a przecież nawet nie wypowiedziałam swojej prośby o uzdrowienie syna, ja tylko bardzo rozpłakałam się nad bólem Matki Bożej.

Mateczko, Ty wiesz, że każdego dnia dziękuję Tobie za uzdrowienie mojego syna. Dziękuję Tobie także za to, że prowadzisz naszą Grupę Modlitewną „MAGNIFICAT” w Helu. Dzięki uczestnictwu w modlitwach na spotkaniu usłyszałam i całym sercem uwierzyłam, że Jezus mnie kocha.

Bożena z Helu.

ds5

Kiedy jako wspólnota dowiedzieliśmy się o Tomku, to mieszkał on -od ponad 20 lat – na poddaszu budynku w Juracie. Jedyne jego okno na świat było umieszczone w dachu i mógł oglądać przez nie –jakby to przewrotnie nie zabrzmiało -jedynie niebo. Tomek bardzo chciał modlić się z nami, więc Witek / przy pomocy Bożenki/ znosił go na rękach, każdej środy, do swego auta i przywoził do Helu na spotkanie. Trudna sytuacja bytowa Tomka nie dawała nam jednak spokoju.  Za wiedzą Tomka zwróciliśmy się więc o pomoc do p.Tyberiusza Narkowicza – Burmistrza Jastarni. Jego interwencja była na tyle skuteczne, że w ciągu pół roku znalazło się dla Tomka miejsce w DPS w Pucku. O tego czasu nie bierze on już, co prawda, udziału w spotkaniach modlitewnych, ale mam wrażenie, że mógł wreszcie na nowo poczuć się człowiekiem, który – jak każdy z nas – ma swoją godność Zaś nasza duchowa więź wcale przecież przez to oddalenie nie musiała być i faktycznie nie została zerwana .

img_20190202_112553

Jesteśmy bardzo wdzięczni P. Bogu za to, że postawił Tomka na naszej drodze. Niczym współczesny Hiob zawstydza nas on ciągle swoją gotowością przyjmowania z Bożej ręki każdej doli i niedoli. Promieniuje wdzięcznością za każdy okruch dobra, pogodą ducha i radosnym uśmiechem. Miałby zapewne wiele powodów, aby czuć się skrzywdzonym i nieszczęśliwym, ale mimo to nikt z nas, nigdy, nie usłyszał z jego ust słowa skargi ani złego słowa na kogokolwiek. Jesteśmy dumni, ze możemy nazywać się jego przyjaciółmi.    Leszek Loose Hel, 02.02.2019 r.

img_20190202_112627

Witold Pisarski 27 grudnia 2018 ·

 Pierwszy dzień świąt, Puck dom opieki- mój kolega Tomek Rodziewicz- przesyła wszystkim znajomym życzenia błogosławieństwa Naszego Pana.

img_20190202_112650

Małgorzata Sobusiak ,, …tylko uśmiech potrzebny co twarz pięknie maluje,energię drugiemu daje i radością częstuje.”✨Wszystkiego dobrego🌟🌺🌟

Witold Pisarski Tomek /a właściwie Krzysztof Rodziewicz/ uległ wypadkowi kolejowemu, ma złamany kręgosłup, przerwany rdzeń, amputowaną prawą rękę do łokcia, amputowaną prawą nogę. leży od przeszło 30 lat. Żona opuściła go po dwóch tygodniach po wypadku, Mieli wtedy dwoje dzieci.

Hel, 02.02.2019 r.

Ojcze Proboszczu, Maria przebywa obecnie w DPS w Lubkowie k. Żarnowca. Nasza Maria kochana to niewiasta radosna jak skowronek na wiosnę,  kochająca P. Boga i ludzi, pełna ciepła a zarazem wigoru, skromna, cicha i pokorna, oddychająca modlitwą, zawsze gotowa do pomocy, uczciwa, nasza niezawodna przyjaciółka, wierna do końca.  Leszek Loose

bez-nazwy-1

img_20181021_125114 img_20181021_125151 img_20181021_125633

img_20181021_125827

Dom jest tam, gdzie chcą, żebyś został dłużej.   /Stephen King/

Jestem szczęśliwą mężatką i mamą Bardzo długo przymierzałam się do napisania tego świadectwa. Podejmowałam wiele prób, ale wszystkie one spełzły na niczym, aż do dzisiaj. Wychowywałam się w rodzinie wielodzietnej, w której był problem alkoholowy. Osobą nadużywającą alkoholu była mama. Wiem, ze nie jestem wyjątkiem, że takich rodzin jest niestety wiele, ale tylko ktoś, kto tego doświadczył osobiście wie, jak traumatyczne jest to doświadczenie. Problemem  osób uzależnionych jest to, że nie są sobą w kontakcie ze swoimi najbliższymi. Zwłaszcza kiedy chcą zdobyć alkohol lub bezpośrednio po jego spożyciu. Kiedy dopadają te osoby wybuchy gniewu, czy krzyku inni muszą reagować w określony sposób.  W takich chwilach bliscy muszą udawać. Bywa, że przybierają maski na całe lata. Czasem, z wiekiem zastanawiają się, czy ich życie nie wygląda jak pasmo kłamstw. W Polsce alkoholizm jest to problem, którego ludzie się wstydzą, a o wstydliwych kwestiach nie mówi się głośno. Flagowymi zasadami takich rodzin  są: “Nie mów, nie ufaj i nie odczuwaj.” Szczęściem w nieszczęściu w naszej rodzinie było to, że mogliśmy liczyć na tatę. Tata ciężko pracował i starał się jak mógł, aby nam niczego nie brakowało. Starał się nam, dzieciom, w jakiś sposób rekompensować to z czego , że tak powiem, „okradała” nas mama. Im mama piła więcej i częściej tym tato bardziej zbliżał się do Boga. M.in. zaczął uczęszczać na spotkania grupy modlitewnej „Magnificat”, gdzie  – mimo, że ja byłam jeszcze dzieckiem – zabierał również mnie. W naszej rodzinie z powodu zachowania mamy działo się coraz gorzej. Myślę sobie, ze niejedna osoba na miejscu taty szybko zrobiłaby z tym porządek. On jednak pełen miłości, cierpliwości, szacunku i pokory odchodził poniżony i rozmodlony. Jako nastolatce nie mieściło mi się to w głowie. Buntowałam się , zadając sobie pytanie „jak on może dać tak sobą pomiatać”!? A on na przekór wszystkiemu trwał z różańcem w ręku i na ustach. Myślałam sobie ”tyle się modli, a tu ma za swoje”. Takie moje myślenie wynikało pewnie z tego, iż Bóg w owym czasie jakoś nie specjalnie zajmował szczególne miejsce w moim życiu. Mało o Nim wiedziałam, a nawet zbytnio nie byłam Jego ciekawa. Spotkania z Bogiem ograniczały się do niedzielnej Mszy św./bo tata kazał/. Bardziej brakowało mi mamy, jej miłości, czułości i rozmów, których nastolatka potrzebuje w wieku dojrzewania. Zamiast tego usłyszałam – wypowiedziane z gorzkim wyrzutem,- iż bardzo żałuje, że mnie urodziła. Nie da się wyrazić słowami tego, jak bardzo mnie to wtedy zabolało.Czułam się odtąd niepotrzebna i zagubiona, zbędna. Obiecywałam sobie, że nigdy nie pójdę w ślady moich rodziców czy innych, podobnych im ludzi. Jednocześnie gromadziło się we mnie coraz więcej bólu, złości, lęku – nie umiałam sobie z tym poradzić. … a jednocześnie wewnątrz brakowało mi poczucia wartości, pewności siebie …Miałam myśli samobójcze, bo po co ja jestem na tym świecie, skoro mama mnie nie chciała.

Ktoś jednak mnie chciał, ktoś nade mną czuwał.

   Otóż, mimo mojej słabej relacji z Jezusem okazało się, iż w momencie kiedy poznałam chłopca, który mi się podobał i w którym szybko się zakochałam, i w momencie niepewności co do tego czy to jest ten, który jest mi przeznaczony, czy innego mam szukać?,/bojąc się o niepowodzenie w małżeństwie, tak jak u rodziców / potrafiłam jednak zwrócić się o pomoc do Boga. Tak zwyczajnie, nie odklepując modlitwy, ale jak do dobrego przyjaciela, który szczerze i obiektywnie doradzi. Pamiętam, ze prosiłam wtedy; „Boże, jeżeli to ten ma być moim mężem to OK, będzie mega super!, ale jeśli nie, to nie dopuść do tego ślubu, choćby nie wiem co”. No i od tamtej chwili mija 17 lat naszego małżeństwa, a my dalej razem. Jednak szybko zapomniałam o tej  ta rozmowie z P. Bogiem. Okazała się ona tylko chwilowym westchnieniem. Życie płynęło sielankowo, spokojnie,  miałam swoją rodzinę, tata zaś modlił się nieustannie o nawrócenie mamy. Ja tam nie wierzyłam, że jest to w ogóle realne. Pewnej zimy mama ciężko zachorowała. Zdiagnozowana nowotwór złośliwy bez żadnych szans na wyzdrowienie. Teraz jak patrzę na tamten czas to widzę, ze choroba rzeczywiście nie dała jej żadnych szans , ale tylko tu, na ziemi. Chodzi mi o to, że mama nawróciła się, zawierzyła swe życie Jezusowi, przebaczyła wszystkim, którzy ją zranili i prosiła o przebaczenie tych, których ona skrzywdziła. Jednym słowem pojednała się Bogiem i ludźmi. Okazało się, iż właśnie ta choroba i modlitwy taty dały jej szanse na coś dużo bardziej cennego, bo na życie wieczne. Mimo tak wielkiego cudu, którego byłam świadkiem , nie zbliżyłam się jakoś szczególnie do P. Boga. Zauważyłam jednak, iż po śmierci mamy zaczął mi towarzyszyć jakiś niezrozumiały lęk o własne życie. Nie był jakoś mocno nasilony, po prostu był, a ja sobie na swój sposób z nim radziłam. Lęki stopniowo narastały a ja próbowałam je tłumić i w miarę możliwości łagodzić środkami uspokajającymi, żyjąc nadal z P. Bogiem trochę tak na bakier. Czasem nie powiem, przychodziła myśl, żeby sobie z Nim tak szczerze porozmawiać i poprosić o pomoc, ale jednocześnie nie chciałam, aby sobie pomyślał, „noo jak trwoga, to do Boga”. Teraz śmieję się z siebie. Jaka to ja byłam głupia w tej swojej rzekomej mądrości. Poczucie lęku jednak potęgowało się, a mi do głowy zaczęły przychodzić myśli, iżdzieje się tak dlatego, że może P. Bóg chce mnie za coś ukarać. Z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc czułam się coraz bardziej poobijana wewnętrznie. Czułam się jak zamknięta w klatce, z której nie ma wyjścia. A na szyi łańcuch zaciskany przez lęk. Coraz częściej zdarzały mi się bezsenne noce. W dzień natomiast wykonywałam swoje obowiązki nawykowo, mechanicznie, Żyłam jakby w półśnie. Przy ludziach nakładałam maskę OK z przyklejonym jako takim uśmiechem a wewnętrznie wyłam, krzyczałam z bólu. Kiedy kładłam się spać, to myślałam, że najlepiej byłoby dla mnie już się nie obudzić, aby znowu nie doświadczać tego koszmaru. Prosiłam tatę o modlitwę, ale sama się nie angażowałam w relacje z Bogiem. Jezus jednak cierpliwie czekał i czekał. Którejś nocy obudził mnie potężny strach, tak silny jak jeszcze nigdy dotąd. Nie miałam siły nawet,  żeby wstać z łóżka, cała spocona, odczuwałam ogromne mdłości. Kompletnie zdesperowana chwyciłam krzyż i ściskając go z całej siły błagałam Boga, aby mi pomógł, bo skoro jestem Jego dzieckiem, to nie może mnie przecież tak zostawić. Po prostu nie może!W tym miejscu warto powiedzieć, iż jakiś czas wcześniej wróciłam na spotkania wspólnoty modlitewnej „Magnificat” i pewnie tam utwierdziłam się w przekonaniu, że Bóg, który jest Miłością nie może zostawić swego dziecka na pastwę losu. Nie wiem kiedy zasnęłam i jak przetrwałam tę straszna noc. Od tego jednak czasu rozmawiałam już z Jezusem codziennie, zadawałam setki pytań, krzyczałam, wkurzałam się. W odpowiedzi Pan stawiał na mojej drodze różnych ludzi /m.in. tatę, p. Jadzię, p. Leszka / i przez nich odpowiadał mi na wszystkie moje wątpliwości. Momentem przełomowym było jednak chyba forum ewangelizacyjne w Gdańsku w którym uczestniczyłam z przyjaciółmi z naszej helskiej wspólnoty. Otóż po przyjęciu Komunii Św. wyraźnie usłyszałam w sercu –jakby na przekór słowom mamy – „Chciałem cię. Jesteś moim umiłowanym dzieckiem”. Wiem, ze to była odpowiedź Jezusa na mój ból. Tyle razy mówiono mi „Bóg cię kocha”, ale jakoś to do mnie szczególnie nie docierało. Jednak tego wieczoru, nie usłyszałam tych słów uszami, ani też w myślach. Zabrzmiały one potężnym głosem w moim sercu i   u w i e r z y ł a m. Nie mam do mojej mamy żalu, złości czy nienawiści. Kocham ją i jestem jej wdzięczna za to, że mnie przyjęła i urodziła. Moje lęki nie zniknęły całkowicie, ale Jezus postawił na mojej drodze specjalistów, przez ręce których, stopniowo przywraca mi wolność. Z perspektywy czasu widzę, jak P. Jezus nad wszystkim co mi się w życiu przydarzyło po ojcowsku czuwa. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że życie to nie bajka i różne rzeczy mogą mnie w nim spotkać, że niejednokrotnie mogę jeszcze upadać. Świadomość jednak, że zawsze wtedy jest przy mnie Jezus i ludzie, których On wybrał, którym mogę zaufać i przez których Pan sam daje mi wiele dowodów swojej miłości sprawia, że teraz w moim sercu gości pokój, mam poczucie bezpieczeństwa i nadzieje na to, że wszystko to co najlepsze jest jeszcze przede mną. Tak oto , paradoksalnie, dzięki moim traumatycznym doświadczeniom spotkałam kochającego Boga.
DziękujęP. Jezu za Twoją miłość. Dziękuję, że dałeś mi Maryję za matkę. Twoja córeczka z Helu.
Hel, 02.02.2019r.                                                  Wspólnota „Magnificat”

Ps. Ręczę za wiarygodność tego i wszystkich innych zamieszczonych na tej stronie świadectw wspólnoty „Magnificat”. Leszek Loose

ds2

Dziękuję Panie Jezu!

Wielokrotnie zbierałam się na odwagę, aby opowiedzieć jak wiele Pan Bóg uczynił dla mnie dobrego, ale nawet  w tak znamienitej grupie, dla osoby z wrodzona nieśmiałością, nie jest to proste. Dlatego postanowiłam swoje świadectwo przelać na papier. Dziękuje Tobie P. Jezu, w pierwszej kolejności za osoby, które mnie otaczają;  za męża, który jest cudownym i wyjątkowym człowiekiem, prawdziwym przyjacielem, takim „na dobre i na złe”, za rodziców/ teściów/, są oni dobrymi ludźmi, można w nich zobaczyć samego Ciebie Panie Jezu i za wszystkich ludzi ze wspólnoty – zawsze gotowych do pomocy.  Dziękuję Tobie P. Jezu, również za to, że uzdrowiłeś moje ciało i duszę. Pierwszy raz, gdy nosiłam pod sercem Kingusię. Bardzo często wtedy bolał mnie żołądek. Na jednym ze spotkań mąż poprosił Adasia, aby pomodlił się nade mną. W trakcie tej modlitwy poczułam gorąco w okolicy brzucha , ból zaraz ustał i już więcej nie powrócił. Drugi raz przyszedłeś do mnie w czasie Misji Św. W piątek w czasie adoracji po Mszy Św. o. Sylwester prowadził modlitwę o uzdrowienie. Usłyszałam wtedy słowa poznania „w tej chwili uzdrawiane są trzy kobiety ze smutku wewnętrznego i depresji”. Poczułam w tym momencie ogromne ciepło w okolicy serca i zaraz poznałam, ze były to słowa skierowane do mnie. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Płakałam jak oszalała, a cały smutek zniknął razem z nimi. Od tego czasu, chociaż nie zawsze na moich ustach gości uśmiech, to jednak serce przepełnione jest wielką radością. Chwała Tobie Panie. Alleluja!.    Ania L.  / Wspólnota modlitewna „Magnificat”/

Kochana wspólnoto „Magnificat”

   Chciałam tą droga gorąco podziękować P. Bogu i Wam za opiekę nade mną i moją rodzina w momencie mojej choroby. Chciałam Wam koniecznie powiedzieć jak ważne i wielkie w moich oczach jest to, co robicie! Pewnie sobie nawet nie uświadamiacie jak cenna dla osoby w sytuacji kryzysowej jest pomoc kogoś z zewnątrz, kogoś, kogo nieszczęście bezpośrednio nie dotyczy i dlatego może chociaż na krótki czas, bez paniki i niepotrzebnych nerwów zająć się zszokowaną i bezradna rodziną, być wtedy z nimi, wspierać trzeźwym spojrzeniem. Dziękuję wszystkim wam za modlitwę i za zainteresowanie moim stanem zdrowia. Oli za ekspresowa i kompleksowa pomoc, Lusi za pyszne kompoty, które stawiają mnie na nogi, oraz Ewie, która zapewniła mi kontakt telefoniczny z rodziną, kiedy byłam w szpitalu i która siedziała przy mnie i troszczyła się , abym nie była głodna po zabiegu. Kiedy Ewa weszła do szpitalnej sali i przedstawiła się, ze jest z helskiej grupy odnowy to moje pierwsze skojarzenie było, ze jesteście jak OŚMIORNICA z mackami nawet w Pucku, ale ośmiornica w dobrym tego słowa znaczeniu – mafią w pozytywnym wymiarze. Ewo, nie obraź się na mnie, za tę „mackę”- jesteś dla mnie dłonią anioła. Wy wszyscy jesteście wspaniałą ośmiornicą. Dziękuję P. Bogu za to, że jesteście. Marzy mi się, aby rozszerzyć taka grupę „pomocową” na obszar Jastarni, Juraty i Kuźnicy – jest mnóstwo potrzeb! Jak mi P. Bóg da siłę stanąć szybko  na nogi to pomyślę o tym. A Wy rośnijcie w siłę , wiarę i moc, aby nadal skutecznie służyć wszystkim tym , którzy bardzo wyczekują pomocy. Dziękuję za wszystko i obiecuję pamiętać o Was w modlitwie.  Grażyna./ Jastarnia 08.02.2006r./

Ps. Przepraszam za chaos, ale jestem jeszcze bardzo słaba.

Jezus w moim życiu!

   Pierwszego papierosa zapaliłem mając  10 lat – nałogowo zacząłem palić w wieku lat 15- a upiłem się  mając 16 lat. Czułem się wtedy dorosły i silny. Porzuciłem szkołę zawodową.  Szukając przygód pojechałem do Gdańska. Szukając podobnego sobie towarzystwa zahaczyłem się w OHP. Tam poznałem dopiero prawdziwe zło i szybko zacząłem w tym wszystkim uczestniczyć. Balangi, alkohol, papierosy to była normalka. Od czasu do czasu – tzn raz w tygodniu – kradliśmy autobus zakładowy i wyjeżdżaliśmy rządzić na wiejskich zabawach. Po takiej nocnej libacji wracaliśmy odstawiając autobus na swoje miejsce. Swoje życiowe porażki  skutecznie topiłem w alkoholu a rozrywką były  bójki. Po dwóch latach szkoły poszedłem do pracy. Oczywiście pracę poszukałem sobie taką, aby być z kumplami do mnie podobnymi. Jezus był na samym końcu. Do kościoła chodziłem raz na tydzień, tylko dlatego, żeby mama mi nie gadała. Ale były tez takie dni, kiedy odzywało się moje sumienie. Próbowałem je zagłuszyć i upijałem się wtedy, bywało, że dwa razy dziennie. Wreszcie się ożeniłem i przyszły na świat dzieci, a ja mimo to nie poczuwałem się do żadnych obowiązków. Jezus jednak ze mnie nie zrezygnował i od czasu do czasu pukał do drzwi mojego serca. Otóż poszedłem pewnego dnia z moją córka do kościoła na godz. 18. Po mszy św. zauważyłem , że otwarte są drzwi do salki obok kościoła. Zaciekawiło mnie to i właściwie sam nie wiem czemu, poszedłem tam i zajrzałem nieśmiało. Animator Leszek zauważył mnie i zaprosił do środka. Usiadłem w kącie więcej z ciekawości niż potrzeby serca, a zebrani  tam ludzie zaczęli  za chwile wielbić Pana Boga. Jednak oni modlili się jakoś inaczej niż to się dzieje w kościele. Wtedy ze mną zaczęło się dziać coś dziwnego. Coś czego nie potrafię wyrazić słowami. Wiem tylko, ze nagle zapragnąłem bardzo Jezusa w moim życiu. Następnego dnia poszedłem do spowiedzi i Komunii Św., a czułem się wtedy tak, jak gdybym przyjmował Komunię Św. po raz pierwszy w swoim życiu. Od tego dnia Eucharystia ma dla mnie wielkie znaczenie. Przyjmuje Jezusa do swego serca, kiedy tylko mogę i widzę jak Jezus działa w moim życiu każdego dnia. Przekonałem się wielokrotnie, że gdy przychodzą trudnie dni, cierpienie, to On zawsze  jest przy mnie i pomaga mi ten trudny czas przetrwać. Wierzę głęboko, że tylko On wie najlepiej co jest dla mnie dobre i nic co mogłoby mi szkodzić mi nie zaproponuje. Od momentu, gdy zaufałem Jezusowi , nigdy się na Nim nie zawiodłem. Panie Jezu zgadzam się z Twoją wolą jakakolwiek by ona nie była. Proszę Cię Panie Jezu umacniaj mnie w wierze. Bądź zawsze przy mnie blisko i daj mi moc , kiedy będzie mi ciężko i źle, abym Cię nigdy nie zawiódł.  JEZU KOCHAM CIĘ. Alleluja! Ps. Wiele myślałem nad tym czemu, albo komu zawdzięczam tę niezasłużona łaskę nawrócenia. Dzisiaj, kiedy większość życia mam za sobą dochodzę do wniosku, że Serce Boga poruszyła, okraszona łzami modlitwa mojej matki. Dziękuje Ci mamusiu. W odnowie jestem 5 lat.  Bronisław. /Wspólnota modlitewna Odnowy w Duchu Św. „Magnificat” Hel/

ds3

Chcę Ci dziś powiedzieć, że naprawdę istnieje świat, całkowicie inny od tego, który oglądasz na co dzień. Świat zdrowych uczuć i sprawiedliwych praw. Świat, w którym każdy człowiek może czuć się potrzebny, wartościowy, bezpieczny.

Świat, w którym życie ma sens, jest ogromną wartością i upływa w radości, mimo dotykających człowieka czasem bolesnych doświadczeń.

Naprawdę istnieje świat, w którym człowiek nie musi lękać się innego człowieka, w którym dziecko poczęte, oczekiwane jest z miłością i radością, a te, które już się urodziły, mogą brać wzór ze swoich rodziców i być z nich dumne.

Świat, w którym nauczyciele i wychowawcy uczą dzieci (słowem i przykładem) przede wszystkim tego, jak być dobrym człowiekiem.

Świat, w którym rodzice spalają się dla dzieci, a radością dzieci jest wypełnianie dojrzałych i wyważonych oczekiwań rodziców.

Świat, który postrzegamy jako tak piękny, iż mimo woli słowa układają się w modlitwę wdzięczności.

Uważasz, że jestem marzycielem, że bujam w obłokach. Nie. Świat, o którym mówię istnieje naprawdę tuż obok ciebie, a zaczyna się w Tobie. Wystarczy otworzyć tajemnicze drzwi, by znaleźć się w jego zasięgu, pod jego urokiem. Problem w tym, czy tobie i mnie rzeczywiście zależy na otwarciu owych tajemniczych drzwi i wejściu do innego świata.

Świata, który rzeczywiście jest, ale który niezwykle łatwo można wynaturzyć, zburzyć, zniekształcić.

Świat, o którym mówię, podobny jest do przepięknego pokoju, który rodzice podarowali swojemu dziecku. Dziecko jednak było niedojrzałe, kapryśne i zarozumiałe, stąd w krótkim czasie zapomniało o darczyńcy, a sam dar totalnie zdewastowało. Nie było jednak na szczęście jego stwórcą, dlatego nie mogło sprawić, że dar zniknie całkowicie. Dzięki Bogu ten piękny podarunek nadal jest i żeby zajaśniał pełnym blaskiem, wystarczy go w gruncie rzeczy tylko trochę uporządkować. Począwszy od drobiazgów, które możemy zrobić sami. Umówmy się więc, że każdy z nas zatroszczy się o to, aby w zasięgu naszego oddziaływania wszyscy mogli go dostrzec. Zacznij od zaraz, nie oglądając się na innych, a szybko przekonasz się, że on jest, że mówiłem prawdę. A jeżeli spotka się nas więcej, nosicieli wartości tego cudownego świata, to uwierzą w jego istnienie nawet największe niedowiarki. I o to chodzi.

Hel, 07.06.2005r                                                                   Leszek Loose

ds4

Szczęść Boże !

Od najmłodszych lat wzrastałam w prawdziwie katolickiej rodzinie, gdzie codziennością dla mnie była modlitwa, różaniec, Msza Święta, Sakramenty
i szczególne nabożeństwo do Matki Bożej. W wieku 9 m-cy przeżyłam śmierć kliniczną, a niedługo później zachorowałam na zapalenie opon mózgowych. Lekarze mówili wtedy moim rodzicom, że ze względu na niedotlenienie i dłuższą utratę przytomności mogę być dzieckiem niepełnosprawnym. W tym czasie mama zawierzyła mnie Najświętszej Maryi Pannie i otrzymałam Cudowny Medalik. W wieku 5 lat umiałam śpiewać Godzinki, Litanię Loretańską, Gorzkie żale i inne pieśni. Często z rodzicami i babcią odmawiałam różaniec. W wieku 7 lat moi rodzice, razem z O. Anastazym, wujkiem Władkiem, Krzysiem, Adasiem założyli wspólnotę Odnowy w Duchu Świętym „MAGNIFICAT”.

Od zawsze więc, uczestniczyłam w spotkaniach, modlitwach wstawienniczych, rozmowach o Bogu. Nie potrafię powiedzieć, kiedy zaczęłam modlić się językami.  Nie zastanawiałam się wtedy w ogóle, czy Bóg jest, ponieważ był dla mnie taki  prawdziwy, jak mama i tata. Wiele osób mówiło mi w tamtym czasie, że żyję pod ochronnym parasolem Bożej miłości. I tak się czułam.

Wiele razy widziałam w swoim życiu różne cuda i uzdrowienia oraz byłam świadkiem wielu pięknych zdarzeń, w którym objawiała się moc Boża. Nie widziałam jednak wtedy żadnego konkretnego nawrócenia. Przy spowiedzi w wieku 18 lat złożyłam Panu Bogu ślub czystości, chcąc całkowicie służyć panu Bogu i chorym ludziom. Byłam też w tym czasie zafascynowana życiem Matki Teresy z Kalkuty i chciałam wstąpić do Zakonu Misjonarek Miłości. Jednak pewnego dnia, gdy pojechałam, jako opiekun na obóz wakacyjny, zakochałam się. Był to chłopak cztery lata młodszy i w ogóle nie chodził do kościoła, wprost przeciwnie, walczył z nim. Szybko jednak Pan Jezus pokazał mi, że nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Stopniowo uwalniał Krystiana, zabrał mu Jego nałogi, depresję, smutek, a w to miejsce wlał miłość do Boga, Matki Bożej, zwrócił Mu czystość i godność Dziecka Bożego. Codziennie doświadczaliśmy, jak ważny jest dla Pana Boga każdy człowiek. Po czterech latach życia w czystości wzięliśmy upragniony ślub. Mój Jezus stał się Panem mojego męża. Rozpoczęliśmy Nowe Życie w Duchu Świętym. W miłości i czystości. Stworzeni na nowo. Nasze dziewczynki rodziły się w Święta Matki Bożej, a my często zawierzaliśmy naszą rodzinę Jej Niepokalanemu Sercu. W naszym życiu bardzo często byliśmy świadkami Bożej opieki. Pan Jezus w cudowny sposób troszczył się o nasze pieniądze, mieszkanie, jedzenie, szkoły, zdrowie dzieci, pracę. Urodziło nam się 7 dzieci, a dwoje mamy w niebie. Przeprowadzaliśmy się 12 razy, ale w każdym miejscu Pan Jezus posyłał nas do różnych wspólnot, gdzie bardzo chętnie uczestniczyliśmy w spotkaniach. W Gdyni Dąbrowie byliśmy w SNE, w Ikonie Trójcy Świętej, później przy błogosławieństwie Ks. Jarka i naszych przyjaciół założyliśmy wspólnotę Dzieci Maryi. W czasie naszych spotkań udało nam się dzięki Duchowi Świętemu przeprowadzić wiele wspaniałych inicjatyw, między innymi:

  • rozpoczęliśmy tradycję corocznego Balu Wszystkich Świętych;

  • w parafii w Gdyni Dąbrowie dzieci uroczyście przyjęły Cudowny Medalik Matki Bożej Niepokalanej;

  • co tydzień były spotkania modlitewne i uwielbienie śpiewem Boga i Matki Bożej;

  • prowadziliśmy Drogę Krzyżową w Wielkim Poście w Kościele;

  • prowadziliśmy nabożeństwa różańcowe dla parafii;

  • zorganizowaliśmy koncert Wyrwanych z Niewoli, udział wzięło około 300 młodych ludzi;

  • BYLIŚMY ŚWIADKAMI WIELU NAWRÓCEŃ I POWROTÓW DO BOGA I MATKI BOŻEJ.

Kolejna przeprowadzka była do Gdyni Wiczlino, tu poznajemy wspaniałych ludzi, min. Agnieszkę i zawiązuje się wspólnota Słudzy Miriam, gdzie posługujemy śpiewem, modlitwą. Mija kolejny rok i przeprowadzamy się do Dębogórza. Dostajemy się do wspólnoty Domowego Kościoła, gdzie zaczynamy bardzo intensywnie i z wielką radością tańczyć w Diecezjalnej Diakonii Tańca. Uwielbiamy Pana w gestach i tańcu. Widzimy, jak Pan Jezus dotyka ludzi poprzez taniec, jak ludzie otwierają się na Jego różne łaski. Zaczyna przychodzić coraz więcej osób, dzieci, młodzieży. Ogromną radość sprawia mi fakt, że wszędzie chętnie uczestniczą w spotkaniach nasze cztery najstarsze dziewczynki. Adaś zostaje ministrantem. U dziewczynek w życiu zaczynają dziać się cuda, doświadczają obecności Bożej. Pewnego dnia nasza 12 letnia {wówczas} córka Agnieszka zaczyna odmawiać nowennę Pompejańską w Obronie życia poczętego, rano znajduję ją na czytaniu Pisma Świętego, innego dnia bierze udział w debacie na temat, „Czy Bóg istnieje?” – Agnieszka w 50 dowodach odważnie zaświadcza o Mocy Boga. Dzieci odważnie zachęcają swoich kolegów i koleżanki do różnych spotkań. Wyjeżdżamy z dużą grupą na Różaniec do Granic, jedziemy z młodzieżą do Warszawy na Stadion Młodych (60 osób), w styczniu jedziemy z młodzieżą do Gdyni na spotkanie „Gdynia Pana Ma”. Codzienna nasza modlitwa różańcem powoduje, że dzieci chętnie modlą się za ludzi, którzy są wokół nas.

Pewnego dnia, nagle niedaleko nas zawiązuje się wspólnota dla mężczyzn Wojownicy Maryi.  Jest to wielka odpowiedź Maryi do naszych serc i wewnętrznych pragnień, aby jeszcze bardziej poznać i pokochać Matkę Bożą. Wierzymy, że powstaje wielka Armia Matki Najświętszej. Mamy zaszczyt być tego świadkami. Wszystkie wspólnoty są dla nas wielkim darem i widzimy, że w jedności siła.

Nie potrafimy nie mówić o tym, jak wspaniały jest nasz Bóg, jak wielką ma moc. Każdego dnia chcemy Kochać Go więcej, bardziej Mu ufać i wierzyć. Dzisiaj wokół nas widzimy bardzo dużo nawróceń, widzimy, jak Pan Jezus przemienia serca, jak dla każdego ma wspaniały plan. Widzę, jak piękny plan miał dla mnie Bóg Ojciec. Jak wielką radością jest dla mnie moja rodzina, dzieci, jak bardzo Pan Jezus kocha dzieci i jak się cieszy każdym nowym życiem. Nie czuję się zmęczona, ale szczęśliwa, że mogę służyć swojej rodzinie, parafii, wspólnocie. Dzisiaj jesteśmy 16 lat po ślubie i 20 lat razem, a moglibyśmy zaśpiewać słowa piosenki: „My chcemy więcej Ciebie Panie, więcej łaski Twej, pragniemy więcej mocy, więcej miłości Twojej….” Bogu niech będą za wszystko dzięki.Moja pierwsza miłość, to wspólnota Odnowy w DuchuŚwiętym…. Tu wszystko się zaczęło…. Abyśmy szli i owoc przynosili…Amen.

Asia

Kiedy byłem małym chłopcem (u początku szkoły podstawowej), w domu był duży problem z nadmiernym spożywaniem alkoholu. Rodzice się awanturowali i niestety dochodziło między nimi także do bójek.

Ja natomiast, szukając odreagowania, popadłem w pornografię i częste upadki, które odbierały mi czystość i radość.

Z biegiem lat dorastania, stawałem się osobą co raz bardziej samotną, zniechęconą, drażliwą i często odpychającą tych, którzy chcieli okazać mi przyjaźń i akceptację. Nie umiałem także zbudować relacji ze swoim starszym bratem. Każdy z nas miał tzw. swoją ścieżkę. Będąc nastolatkiem mocno się pogubiłem, w szkole średniej oblałem jeden rok nauki.

Mając 18 lat zwalczałem jawnie wiarę w Boga, Biblię i Kościół. Byłem samotny, od rana rozgoryczony i raniłem osoby wokół mnie.

Wtedy spotkałem Asię, która praktycznie całą swoją osobą była przeciwieństwem mnie i mojego życia. Asia, kiedy ją poznałem była czysta i krystaliczna jak woda, jak powiew poranka. Bardzo piękna, czysta, mądra, troskliwa, odpowiedzialna, wykształcona…..po prostu Wspaniała. Ja natomiast…. wobec Asi wyglądałem bardzo, bardzo blado.

Ku zaskoczeniu środowisk, z których się wywodziliśmy, zakochaliśmy się w sobie. Pierwsze nasze rozmowy, nie były łatwe, w szczególności w sytuacjach, kiedy wyjawiałem Asi treść mojego dotychczasowego życia i moje błędy. Dla Asi to było bardzo trudne. Moja nieczystość budziła niepokój o nasze przyszłe szczęście.

W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że Asi życie i Jej bliskich jest dużo bardziej radosne i fajne, niż moje. Miałem w sobie gorycz. Więc nie będąc w żaden sposób przymuszanym, rozpocząłem drogę nawrócenia ku wartościom i ku Bogu.

I tak, co raz mocniej kochałem Asię i zacząłem pragnąć Boga. Asia bardzo cierpliwie mi towarzyszyła i odwzajemniała moje gorące uczucia. Co więcej, doświadczałem ogromnej łaski, ponieważ bardzo, ale to bardzo umiłowałem Matkę Bożą. Pierwsza modlitwa, jakiej się uczyłem od podstaw, to był właśnie Różaniec Święty. Lawinowo, nastąpił piękny ciąg wydarzeń: częsta Eucharystia, częsta Spowiedź Św., częsta modlitwa do Matki Bożej a także uczęszczanie wraz z Asią na spotkania modlitewne wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „MAGNIFICAT”, w Helu. Walczyłem z całych sił i przede wszystkimz Bożą pomocą, walczyłem z pornografią w moim życiu, z depresją, z nieczystością…. i stopniowo malała liczba moich upadków. Walka była bardzo trudna, w pewnym momencie mój organizm doświadczał nawet fizycznegobólu, kiedy przeciwstawiałem się dotychczasowym złym przyzwyczajeniom.

Po trzech miesiącach prawdziwej walki, odnotowałem zwycięstwo nad nieczystością i goryczą serca. Będąc niesamowicie szczęśliwym chłopakiem Asi, wraz z Asią zechcieliśmy założyć rodzinę i tak wstąpiliśmy w związek małżeński. Kolejnym wielkim zwycięstwem jeszcze przed ślubem, było bycie z Asią cztery lata w całkowitej czystości. Dzisiaj jesteśmy już ponad 15 lat małżeństwem i mamy siedmioro wspaniałych dzieci: Agnieszkę (14 lat), Weronikę (13 lat), bliźniaczki Małgosię i Marysię (11 lat), Adama (8 lat), Karolinkę (5 lat), Kamilkę (3 lata) oraz dwoje dzieci w niebie: Antoniego i Zuzannę.

Z inicjatywy mojej wspaniałej Żony, już od pewnego czasu, codziennie wieczorem odmawiamy całą rodziną Różaniec. W miarę możliwości, staramy się także jak najczęściej uczestniczyć w Eucharystii. Widzimy i doświadczymy, że Eucharystia i Różaniec są dla nas naprawdę wielkim zdrojem nieprzebranych łask i wielką siłą.

Bardzo kocham swoją rodzinę, nie mogę ukrywać, że wręcz szaleję za Asią i kocham wszystkie chwile spędzane z żoną i z dziećmi. Wraz z Asią widzimy w naszym życiu nieustanne, obfite Boże i Maryjne błogosławieństwo. Jesteśmy bardzo dumni z naszych dzieci. Każdego dnia mam głęboką świadomość, że odkąd poznałem Asię, wszystkie najważniejsze wybory życiowe przynoszą nam niesamowitą ilość szczęścia i radości. Widzę, jak w tym zabieganym świecie taka duża rodzina jest niezgłębionym, nieprzebranym i przecudownym darem od Pana. Jest naprawdę źródłem pokoju w sercu i wielu, wielu pięknie przeżytych chwil, dni, miesięcy i lat. Kiedy patrzę na żonę i na dzieci, czuję się tak bardzo obdarowany przez Boga.Czuję się przez Niego wyróżniony. Wspólnie staramy się także pamiętać w modlitwach o naszych rodzicach, rodzeństwie i całych rodzinach, którym także wiele zawdzięczamy.

Każdy kolejny dzień staramy się przeżywać dobrze, efektywnie, w miłości i nieustannie polecamy się opiece Matki Najświętszej, której oddajemy całych siebie i całe nasze życie.

Krystian

Nazywam się Agnieszka Borkowska i w tym roku ukończę 15 lat. Chciałabym dzisiaj podzielić się krótkim świadectwem ze swojego życia oraz pragnę pokazać, dzięki czemu Jezus czynił i nadal czyni cuda w moim życiu. Zaczynając od momentu mojego urodzenia, darem otrzymanym od Boga, którego to daru kiedyś jeszcze nie dostrzegałam jest to, że urodziłam się 8 września – w dzień Narodzin Najświętszej Maryi Panny. Jest to najwspanialszy prezent od Maryi, jaki mogłam dostać.

W moim życiu nie zawsze układało się tak, jak chciałam i wiele bólu było w moim sercu. Czasami naprawdę długo potrafiłam płakać i nie przestawać do tej pory, aż zabraknie mi łez. Myślałam wiele razy, że życie to taka zabawa, której nie ma końca. Teraz wiem, że życie to coś zupełnie innego. Zawsze myślałam, że jeśli wierzy się w Boga i kocha się Go z całego serca, to Pan daje takie życie, że nie ma w nim żadnych problemów. Niedawno zdałam sobie sprawę, że właśnie to oddanie Bogu niesie za sobą wiele złych lub dobrych konsekwencji i występuje naprawdę wiele przeszkód i czasami płynie dużo łez. Mimo tego zła, które próbuje przejąć nas całkowicie, Bóg jest silniejszy i to On pomaga wygrać. Kiedy jest nam ciężko, czujemy się sami i opuszczeni. Wszyscy mówią „Zaufaj, a Bóg ci pomoże”. Oczywiście jest to jak najbardziej prawda, ale czasami, kiedy było mi źle, kompletnie nie dostrzegałam obecności Boga. Kiedy czułam, że mam od Pana Jezusa jakieś zlecenie i wiedziałam, że muszę postąpić słusznie, przez jakiś czas czułam, że nie dam rady podołać tej misji. Przyszła mi wtedy do głowy myśl „podczas trudnego testu w szkole, nauczyciel nie podpowiada uczniom”.  Zrozumiałam, że to co robię lub co jeszcze muszę zrobić jest dla mnie testem sprawdzającym, czy nawet w najgorszej sytuacji ufam Bogu. Kiedy zdam test w szkole, nauczyciel wynagradza mnie dobrą oceną. W życiu, Jezus także nigdy o nas nie zapomni i da nam Ducha Świętego, kiedy z wiarą będziemy o Niego prosić.

Kiedy byłam młodsza, miałam sen. Podczas wojny ukryłam się w Kościele i nagle Święta Siostra Faustyna zalecała mi, abym odmawiała Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Od tego czasu mówię trzy koronki dziennie i mogę doświadczać łask, które Bóg z radością daje nam wszystkim, jeśli tego chcemy. Koronka nie jest długą modlitwą, ale za razem bardzo skuteczną. Dzięki niej widziałam w życiu tyle cudów, aby na zakończenie powiedzieć z wiarą: „God not died”, czyli Bóg nie umarł!

Agnieszka

ds2

 Dziękuję Panie Jezu!

Wielokrotnie zbierałam się na odwagę, aby opowiedzieć jak wiele Pan Bóg uczynił dla mnie dobrego, ale nawet  w tak znamienitej grupie, dla osoby z wrodzona nieśmiałością, nie jest to proste. Dlatego postanowiłam swoje świadectwo przelać na papier. Dziękuje Tobie P. Jezu, w pierwszej kolejności za osoby, które mnie otaczają;  za męża, który jest cudownym i wyjątkowym człowiekiem, prawdziwym przyjacielem, takim „na dobre i na złe”, za rodziców/ teściów/, są oni dobrymi ludźmi, można w nich zobaczyć samego Ciebie Panie Jezu i za wszystkich ludzi ze wspólnoty – zawsze gotowych do pomocy.  Dziękuję Tobie P. Jezu, również za to, że uzdrowiłeś moje ciało i duszę. Pierwszy raz, gdy nosiłam pod sercem Kingusię. Bardzo często wtedy bolał mnie żołądek. Na jednym ze spotkań mąż poprosił Adasia, aby pomodlił się nade mną. W trakcie tej modlitwy poczułam gorąco w okolicy brzucha , ból zaraz ustał i już więcej nie powrócił. Drugi raz przyszedłeś do mnie w czasie Misji Św. W piątek w czasie adoracji po Mszy Św. o. Sylwester prowadził modlitwę o uzdrowienie. Usłyszałam wtedy słowa poznania „w tej chwili uzdrawiane są trzy kobiety ze smutku wewnętrznego i depresji”. Poczułam w tym momencie ogromne ciepło w okolicy serca i zaraz poznałam, ze były to słowa skierowane do mnie. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Płakałam jak oszalała, a cały smutek zniknął razem z nimi. Od tego czasu, chociaż nie zawsze na moich ustach gości uśmiech, to jednak serce przepełnione jest wielką radością. Chwała Tobie Panie. Alleluja!.    Ania L.  / Wspólnota modlitewna „Magnificat”/

Kochana wspólnoto „Magnificat”

   Chciałam tą droga gorąco podziękować P. Bogu i Wam za opiekę nade mną i moją rodzina w momencie mojej choroby. Chciałam Wam koniecznie powiedzieć jak ważne i wielkie w moich oczach jest to, co robicie! Pewnie sobie nawet nie uświadamiacie jak cenna dla osoby w sytuacji kryzysowej jest pomoc kogoś z zewnątrz, kogoś, kogo nieszczęście bezpośrednio nie dotyczy i dlatego może chociaż na krótki czas, bez paniki i niepotrzebnych nerwów zająć się zszokowaną i bezradna rodziną, być wtedy z nimi, wspierać trzeźwym spojrzeniem. Dziękuję wszystkim wam za modlitwę i za zainteresowanie moim stanem zdrowia. Oli za ekspresowa i kompleksowa pomoc, Lusi za pyszne kompoty, które stawiają mnie na nogi, oraz Ewie, która zapewniła mi kontakt telefoniczny z rodziną, kiedy byłam w szpitalu i która siedziała przy mnie i troszczyła się , abym nie była głodna po zabiegu. Kiedy Ewa weszła do szpitalnej sali i przedstawiła się, ze jest z helskiej grupy odnowy to moje pierwsze skojarzenie było, ze jesteście jak OŚMIORNICA z mackami nawet w Pucku, ale ośmiornica w dobrym tego słowa znaczeniu – mafią w pozytywnym wymiarze. Ewo, nie obraź się na mnie, za tę „mackę”- jesteś dla mnie dłonią anioła. Wy wszyscy jesteście wspaniałą ośmiornicą. Dziękuję P. Bogu za to, że jesteście. Marzy mi się, aby rozszerzyć taka grupę „pomocową” na obszar Jastarni, Juraty i Kuźnicy – jest mnóstwo potrzeb! Jak mi P. Bóg da siłę stanąć szybko  na nogi to pomyślę o tym. A Wy rośnijcie w siłę , wiarę i moc, aby nadal skutecznie służyć wszystkim tym , którzy bardzo wyczekują pomocy. Dziękuję za wszystko i obiecuję pamiętać o Was w modlitwie.  Grażyna./ Jastarnia 08.02.2006r./

Ps. Przepraszam za chaos, ale jestem jeszcze bardzo słaba.

Jezus w moim życiu!

   Pierwszego papierosa zapaliłem mając  10 lat – nałogowo zacząłem palić w wieku lat 15- a upiłem się  mając 16 lat. Czułem się wtedy dorosły i silny. Porzuciłem szkołę zawodową.  Szukając przygód pojechałem do Gdańska. Szukając podobnego sobie towarzystwa zahaczyłem się w OHP. Tam poznałem dopiero prawdziwe zło i szybko zacząłem w tym wszystkim uczestniczyć. Balangi, alkohol, papierosy to była normalka. Od czasu do czasu – tzn raz w tygodniu – kradliśmy autobus zakładowy i wyjeżdżaliśmy rządzić na wiejskich zabawach. Po takiej nocnej libacji wracaliśmy odstawiając autobus na swoje miejsce. Swoje życiowe porażki  skutecznie topiłem w alkoholu a rozrywką były  bójki. Po dwóch latach szkoły poszedłem do pracy. Oczywiście pracę poszukałem sobie taką, aby być z kumplami do mnie podobnymi. Jezus był na samym końcu. Do kościoła chodziłem raz na tydzień, tylko dlatego, żeby mama mi nie gadała. Ale były tez takie dni, kiedy odzywało się moje sumienie. Próbowałem je zagłuszyć i upijałem się wtedy, bywało, że dwa razy dziennie. Wreszcie się ożeniłem i przyszły na świat dzieci, a ja mimo to nie poczuwałem się do żadnych obowiązków. Jezus jednak ze mnie nie zrezygnował i od czasu do czasu pukał do drzwi mojego serca. Otóż poszedłem pewnego dnia z moją córka do kościoła na godz. 18. Po mszy św. zauważyłem , że otwarte są drzwi do salki obok kościoła. Zaciekawiło mnie to i właściwie sam nie wiem czemu, poszedłem tam i zajrzałem nieśmiało. Animator Leszek zauważył mnie i zaprosił do środka. Usiadłem w kącie więcej z ciekawości niż potrzeby serca, a zebrani  tam ludzie zaczęli  za chwile wielbić Pana Boga. Jednak oni modlili się jakoś inaczej niż to się dzieje w kościele. Wtedy ze mną zaczęło się dziać coś dziwnego. Coś czego nie potrafię wyrazić słowami. Wiem tylko, ze nagle zapragnąłem bardzo Jezusa w moim życiu. Następnego dnia poszedłem do spowiedzi i Komunii Św., a czułem się wtedy tak, jak gdybym przyjmował Komunię Św. po raz pierwszy w swoim życiu. Od tego dnia Eucharystia ma dla mnie wielkie znaczenie. Przyjmuje Jezusa do swego serca, kiedy tylko mogę i widzę jak Jezus działa w moim życiu każdego dnia. Przekonałem się wielokrotnie, że gdy przychodzą trudnie dni, cierpienie, to On zawsze  jest przy mnie i pomaga mi ten trudny czas przetrwać. Wierzę głęboko, że tylko On wie najlepiej co jest dla mnie dobre i nic co mogłoby mi szkodzić mi nie zaproponuje. Od momentu, gdy zaufałem Jezusowi , nigdy się na Nim nie zawiodłem. Panie Jezu zgadzam się z Twoją wolą jakakolwiek by ona nie była. Proszę Cię Panie Jezu umacniaj mnie w wierze. Bądź zawsze przy mnie blisko i daj mi moc , kiedy będzie mi ciężko i źle, abym Cię nigdy nie zawiódł.  JEZU KOCHAM CIĘ. Alleluja! Ps. Wiele myślałem nad tym czemu, albo komu zawdzięczam tę niezasłużona łaskę nawrócenia. Dzisiaj, kiedy większość życia mam za sobą dochodzę do wniosku, że Serce Boga poruszyła, okraszona łzami modlitwa mojej matki. Dziękuje Ci mamusiu. W odnowie jestem 5 lat.  Bronisław. /Wspólnota modlitewna Odnowy w Duchu Św. „Magnificat” Hel/

ds1

Dla tych wszystkich , którzy zastanawiają się, czy modlitwa może pomóc w trudnych chwilach.

Czy Bóg wysłucha próśb i wskaże drogę, która mamy podążać? Czasem ta nowa droga którą Bóg nas prowadzi odbiega od planów jakie sobie założyliśmy na nasze życie.Przez wiele lat pracując w międzynarodowych firmach zakładałam ze Bóg może pomóc i wysłuchać w kwestiach zdrowia, rodziny ,czy pokoju ,ale kwestie pracy zależą od człowieka,wykształcenia ,doświadczenia i ludzi ,którymi się zawodowo otaczamy .Kiedy straciłam pracę wydawało mi się że to kwestie kilku tygodni może miesięcy, ale nie lat…pomimo znakomitego wykształcenia znajomości języków i wielu lat doświadczenia okazało się, że pracy nie ma.Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, wysyłanie CV, rozmowy i brak jakichkolwiek propozycji. Po drodze poważne choroby dzieci, dzięki Bogu kończące się wyzdrowieniem. Po ponad dwóch latach braku stałej pracy podczas rozmowy z Rodziną usłyszałam o Wspólnocie z Helu i Pani Jadzi, którzy swoją modlitwą wspierają wszystkich potrzebujących. I znowu pomyślałam, że o zdrowie za rodzinę Wspólnota pewnie się modli, ale o pracę …Poprosiłam o modlitwę … i w ciągu kilku tygodni pojawiła się praca. Matka Boża pomogła, Bóg sprawił, że niemożliwe,powrót do pracy w gronie przyjaznych ludzi stał się faktem.

Tym wszystkim, którzy zastanawiają się ,czy prosić o modlitwę. Czy prosić o wsparcie Wspólnoty ? Proście ,a nie będziecie długo czekali na pomoc Matki Najświętszej i Bożą łaskę.

Niech Bóg prowadzi i darzy wszelkimi łaskami Panią Jadzię i Całą Wspólnotę,aby ich modlitwa wspierała wszystkich tych ,których siły ludzkie opuszczają w swoich troskach.

Na zawsze wdzięczna

Małgorzata z Warszawy

ds

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

 Mam 52 lata, a na imię Bogdan. Mając na uwadze słowa Pisma św. „Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli. „/ Dz 4,20/, pragnę i ja opowiedzieć o tym, jak doszło do mojego osobistego spotkania z żywym JEZUSEM. Spotkania, które już na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Otóż wychowywałem się w normalnej katolickiej rodzinie tzn. msza św. w każdą niedzielę i oczywiście udział  w innych świętach kościelnych, bo mama kazała. Na usprawiedliwienie mam to, że  nie byłem odosobnionym przypadkiem nastolatka, którego życie tak właśnie wyglądało. Tyle tylko, że to moje chodzenie do kościoła nie tylko nie wydawało dobrych owoców, ale często było wprost  zaprzeczeniem tego, do czego w ewangeliach zapraszał mnie Pan Jezus. Najgorsze jednak było, że mimo, iż takie młodzieżowe przypadłości jak; kłamstwa, kradzieże, nieczystość czy  bijatyki były na porządku dziennym to milczało moje sumienie. Wydawało się, że prawdziwe życie kieruje się prawem dżungli tj „oko za oko, ząb za ząb”, a zawiść czy zemsta są czymś zupełnie oczywistym. W pewnym momencie jednak Jezus upomniał się o mnie.. W 1986 roku, gdy miałem 18 lat i byłem w szkole średniej , Pan dał mi znak stawiając na mojej drodze kolegę z klasy – Jasia. Patrząc na to wszystko teraz, z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć o nim „boży człowiek,” chociaż przyznaję, że wtedy odbierany był on w naszym środowisku jako religijny dziwak. Jednak Bóg właśnie przez niego dotarł do mnie i rozpoczął przeprowadzać „kapitalny remont” mojego życia. Spotkania z Jasiem doprowadziły mnie najpierw do podobnych jemu bożych ludzi a następnie do wspólnoty Odnowy w Duchu Św. No i zaczęło się. P. Jezus powoli, ale skutecznie naprawiał mnie. Z każdym dniem coraz szerzej otwierałem swoje serce dla Jezusa i drugiego człowieka. Niezwykle ważnym a przez to i niezapomnianym momentem mego nowego życia była modlitwa wspólnoty nade mną. Najpierw o uzdrowienie wewnętrzne a następnie o wylanie darów Ducha Św. Pamiętam tylko, że po modlitwie o wylanie moja droga powrotna do internatu była doświadczeniem – powiedział bym – ekstatycznym, pełna emocjonalnych uniesień. Miałem wrażenie, że moje stopy nie dotykały ziemi. Stan ten, o dziwo, wcale nie minął po powrocie do domu. Następnego dnia po przebudzeniu czułem się, jakby w moim wnętrzu rozbłysło dziwne światło, zapłonął ogień, który chce wypalić wszystko to, co  było we mnie stare i  złe. Przypominało mi to cudowne narodziny, narodziny dla Boga. Nagle zrozumiałem znaczenie słów Jezusa, że Paraklet „przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie” (J 16, 8) . Wtedy też, wręcz fizycznie, moje serce doświadczyło mocy słów Jezusa „Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli” (J 8, 32) . Jezus w miejsce starego prawa „oko za oko, ząb za ząb” zaszczepił mi nowe, swoje, boskie; „zło dobrem zwyciężaj”, dawaj każdemu, kto cię prosi, przebaczaj nie 7 a 77 razy itd. itd. Wszyscy wiecie o czym mówię. Nie twierdzę, ze teraz jestem już chodzącym aniołkiem, bo nikt z nas ludzi nie jest bez grzechu, ale z całą pewnością mocna i trwała świadomość tego, że swoim grzesznym postępowaniem  ranię Serce Boga, pozwala mi stawać przed Panem w prawdzie i prosić Go szczerze o przebaczenie. Im jestem starszy tym bardziej wiem jak jestem słaby, ale też teraz już wiem na pewno, że „ Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia ” (Flp 4,13) i , że Jezus jest moja drogą, prawdą i życiem. Bogdan

Ps. Dziękuje ci mamo, że kazałaś.

Hel, 08.01.2019r.

magnifi

”Teraz szturmujcie niebo”

/Świadectwo  ukazało się pod tym tytułem w numerze  62 – 22.11.2011 → Cuda  Autor: Julita Mendyka, Gazeta Polska Codzienna/

Łucja przeczuwała, że wisi nad nią wyrok śmierci. Guz był wyjątkowo złośliwy.

L: Czy goliłeś się? Czy to była woda kolońska? A co tak pachniało? Łucja dopytywała się Adama w drodze powrotnej do domu. Ta sprawa nie dawała jej spokoju. – Łucja – ty jesteś uzdrowiona, odpowiedział jej Adam, który tego dnia modlił się nad nią, na spotkaniu modlitewnym wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Helu

Łucja Wojtczuk z Jastarni wychowywała się w rodzinie katolickiej. Będąc dzieckiem „chodziła” z rodzicami do kościoła. Ale już wtedy buntowała się. Przyrzekła sobie, że jak będzie dorosła, to nie będzie pod dyktando chodzić do kościoła. Zresztą Bóg był wtedy w jej oczach surowym sędzią, który za dobro wynagradza i za zło karze, dlatego nie czuła żadnej więzi z Nim i bała się Go. Tak sobie żyłam bez Boga – mówi pani Łucja. Do czasu.

Za mąż wyszła stosunkowo późno, na świat przyszła syn i córka, ale też wkrótce zapukała do domu Wojtczuków ciężka choroba. Był rok 1991. Badania wykazały chorobę nowotworową. Łucja była przerażona. Jej rodzina była wyjątkowo obciążona genetycznie, wszystkie trzy siostry jej mamy umarły na raka, kuzyni też. Lekarz wówczas powiedział – to bardzo złośliwy rak w lewej piersi, guz wyjątkowo złośliwy -. Mąż Łucji zapytał – i co -. No, może miesiąc, może dwa, a może 10 lat – odpowiedział lekarz. Nikt nie wiedział co będzie poza Bogiem, który postanowił przypomnieć się w życiu Łucji i przy tej okazji zmienić swój wizerunek. Czy rzeczywiście jest surowym sędzią? To się wkrótce miało okazać.

Teraz stukajcie do góry

Choroba zbierała swoje żniwo, operacje, przerzuty, chemie o różnych kolorach, nawet ta czerwona, która sieje postrach wśród pacjentów. Łucja przeczuwała, że wyrok śmierci zawisł już nad nią, patrzyła pełna rozpaczy na małe dzieci i męża, który dzisiaj jak wspomina, posiwiał w jednej chwili. Tadeusz Wojtczuk, był młodym brunetem, lecz gdy usłyszał o chorobie żony zwyczajnie załamał się. Dzieci miały po 5 i 4 lat. Wiadomo, czym jest wychowanie bez matki. Cały czas towarzyszył żonie w chorobie, w życiu które toczyło się między operacjami, chemiami, wizytami lekarskimi i tzw. dołami z powodu zbliżającej się śmierci. Kiedy spotkali się ponownie z lekarzem usłyszeli, że – to, co na ziemi, to ja już zrobiłem, teraz stukajcie do góry-. Pewnie zaczęli stukać, jednak Pan Bóg sprawił, że inni zaczęli mocniej. Jej droga zapełniała się ludźmi z innej rzeczywistości, w której dotąd żyła.

Jak to będzie w grobie

Nie było żadnej poprawy. Łucja zaczęła bać się śmierci. Gdy zasypiała, budziła męża i pytała – jak to będzie w grobie?-. Była to jej obsesją. Pojawiały się nawet myśli samobójcze. Jechała kiedyś na rowerze, a na przeciwko nadjeżdżał tir, pomyślała, że gdyby lekko skręcić, byłoby już po wszystkim. Przeraziła się tej myśli, bo przecież mogłaby by przeżyć i być na wózku jeszcze większym obciążeniem. Taką smutną i zamyśloną na ulicy często widywał ją Adam. Wiedział o jej chorobie, o cierpiącej rodzinie. Zauważył, że jakby Ktoś kazał mu o niej myśleć, zwrócić na nią uwagę. A właściwe to modlić się, bo już wtedy Adam był członkiem grupy modlitewnej Odnowy w Duchu Św. w Helu. Dojeżdżał co tydzień na spotkania z Jastarni do Helu i pewnego dnia stwierdził, że przecież Łucję można zaprosić na modlitwę, do tej właśnie wspólnoty.

Modlitwa ci przecież nie zaszkodzi

Pan Bóg przygotowywał grunt. Przecież Łucja mogła odmówić. Nagle znalazła się jakby na lodowej krze. Nie wiedziała jak się modlić. O modlitwę w swojej intencji prosiła rodzinę i przyjaciół. W tym czasie do Jastarni przyjechał ks. Antoni Konkel jej znajomy misjonarz z Brazylii, mieszkaniec Jastarni. Powiedział: – Łucja – udzielę ci sakramentu chorych-. – Ja nie chcę, ja chcę żyć – upierała się. Nie bój się i popatrz w KKK 1499 jest tylko mowa o uzdrowieniu. – No to daj -. Gdy została namaszczona, poprosił ją:- odmawiaj teraz codziennie koronkę do Miłosierdzia Bożego. W Brazylii, w mojej parafii działy się cuda za przyczyną koronki. – Odtąd codziennie modliłam się tą koronką i wtedy spotkał mnie Adam.- mówi p. Łucja. Słuchaj, a może chciałabyś przyjechać do nas, do Helu. Może byśmy się pomodlili. Modlitwa ci przecież nie zaszkodzi -. -Mogę przyjechać-. Byłam wyjątkowo odporna na to, co tam zobaczyłam: – stałam jak kamień widząc ludzi, którzy wielbią Boga, śpiewają, cieszą się. Słuchałam Pisma św., katechezy i powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę, że każde słowo jest do mnie skierowane, że to o mnie -.

Był to zapach pięknych kwiatów

Łucja modliła się we wspólnocie Magnificat co środę i jednocześnie nieubłaganie zbliżał się termin kolejnej wizyty u lekarza. Tej wizyty Łucja bała się jak ognia. Na ostatnim spotkaniu modlitewnym, przed wyjazdem, Łucję ogarnęła rozpacz i gdy grupa wstawiennicza modliła się nad nią, tak zwróciła się do Boga: – Boże jeśli coś już uczyniłeś dla mnie, daj mi znak, abym się nie bała -. Wtedy cała salka wypełniła się zapachem pięknych kwiatów. Łucja pomyślała, że to Adam, który stał najbliżej tak się wyperfumował i modlić się nie mogła od tych zapachów. Tego dnia, wspólnota modliła się w salce przy kościele, nie było ich dużo. Gdy Adam położył ręce na głowie Łucji, nie wiedział, że ona prosi Boga o znak. Zapach jaki wówczas się pojawił był to zapach pięknych kwiatów, dominował zapach róż, był to zapach wielokwiatowy, bardzo intensywny, dlatego przeszkadzał Łucji w skupieniu.

Tu nie ma mojej zasługi, to nie ja

Następnego dnia Łucja pojechała na badania. – Po badaniu, lekarka popatrzyła na mnie i powiedziała: jest pani zdrowa-. To niemożliwe, szok. – Dziękuję pani doktor -. Na szczęście lekarka nie przypisała sobie tego, co się stało: – tu nie ma mojej zasługi, to nie ja -.Łucja płakała, w poczekalni inni chorzy widząc co się dzieje obejmowali ją, wszyscy cieszyli się. Łucja szczęśliwa mówiła im, że to Jezus jest Panem, że to On ją uzdrowił a oni zapewne myśleli, że to emocje. Ale Łucja wiedziała co mówi. Znawcy uzdrowień charyzmatycznych mówią, że gdy Bóg uzdrawia, to nie tylko ciało ale i duszę. Całego człowieka. Czy tak było w tym przypadku? Od tamtej pory minęło 19 lat i Łucja cieszy się życiem, a rodzina cieszy się Łucją. Sama potwierdza, że przed chorobą była osobą nerwowa, upartą, niespokojną, wybuchową. Lubiła kłócić się. Po modlitwach o uzdrowienie jest spokojniejsza, nawet dziecko kiedyś powiedziało: – mama jest inna – . Mąż potwierdza uzdrowienie żony. Lekarze także. Wiele młodych kobiet umarło przed Łucją a ona żyje. Mąż cieszy się z przemiany żony. Zresztą teraz obydwoje trzymają z Bogiem, a On im błogosławi.

Bóg nie mógł mi nic piękniejszego dać

Do dziś trwa także uzdrowienie duchowe. Łucja uwierzyła w miłość Boga. Gdy zaczęła chorować poszła do spowiedzi i usłyszała, od kapłana, że Bóg zawsze daje to, co najlepsze dla nas w danej chwili. Zbuntowała się: – jak to choroba jest najlepsza-. Ksiądz tego nie rozumie, on nie ma dzieci. Dzisiaj z pełną odpowiedzialnością za słowa mówi: – Bóg nie mógł mi nic piękniejszego dać, jak tą chorobę, dziękuję za nią, bez niej nigdy nie zbliżyłabym się do Boga. Łucja jest autentycznie radosna, pełna życia, jak mówi o Bogu dostaje wigoru, energii, czuć jej pewność, że jest ukochanym dzieckiem Boga. Dziś nie wyobraża sobie życia, bez Niego. Jej konfliktowy charakter uległ przemianie, gdy ktoś ją zrani, modli się za tę osobę o łaskę przebaczenia, o błogosławieństwo.. Zmieniły się też wartości Łucji. Kiedyś chciała wszystko mieć. Taka typowa materialna zachłanność naszych czasów. Teraz nie ma dla niej znaczenia sfera materialna, lubi prostotę, nie zabiega o wystrój, jest bardziej uważna na ludzi, którzy przysiadają się do niej, zwłaszcza wczasowicze. Mówią o swoich problemach, a ona opowiada jak Pan Bóg działa i leczy. Uwielbia morze, sztorm, stać na wydmie i modlić się na różańcu, czuć wielkość Boga w przyrodzie.

Na Helu wiatr Ducha Świętego wieje z wyjątkową mocą

Wspólnota Magnificat w Helu ma charyzmat uzdrawiania. To nie jest jedyny przypadek wymodlenia zdrowia. Historia powstania wspólnoty jest bardzo ciekawa. W 1984 r. dwaj koledzy Leszek i Adam, którzy pracowali wtedy w jednym zakładzie a w wolnych chwilach czytali katolickie pisma, znaleźli w nich informacje o ruchu charyzmatycznym w USA. Zapragnęli mocy Ducha św. na Helu. Dotarli do pallotyńskiej parafii św. Elżbiety w Gdańsku i przy jej pomocy założyli grupę w Helu. Modlili się najpierw w domu, później w salkach przy kościele, mimo różnych przeciwności wytrwali. Zauważyli, że gdy się modlą są uzdrowienia. Pani Jadzia, żona Leszka, Adam, potem jeszcze Krzysztof, byli zapraszani do szpitali, do domów, do ludzi będących często daleko od kościoła. A Pan Bóg działał z wielką mocą. Było bardzo dużo uzdrowień. Nawet jeśli nie fizyczne, to ludzie nawracali się. Przypominają się czasy apostołowania Jezusa, gdy wzywano Go jako lekarza, zdrowiała teściowa Piotra i kobieta, która wydała cały majątek na lekarzy. Czy tego typu przypadki mogą mieć miejsce również teraz? Leszek ,Adam i ich przyjaciele ze wspólnoty są głęboko przekonani, że Bóg zawsze uzdrawia. A jeśli tak mało uzdrowień i tak wiele pieniędzy wydanych na lekarzy, to może za mało wiary w nas? /Ale żeby nie było niedomówień zastrzegają, iż b. cenią lekarzy, chętnie korzystają z ich pomocy i modlą się za nich./

Zapytałam Adama jak broni się przed pychą będąc świadkiem wielu uzdrowień: -głównie modlitwą – odpowiada. Bronię się Pismem św., psalmami, przez które uświadamiam sobie kim jestem. To mnie sprowadza na ziemię. To wszystko czyni Bóg. Leszek, też stara się wszystko opierać na miłości i prawdzie: – żeby coś żyło musi być oparte na prawdzie, tylko przez prawdę możemy się zmienić -. Dla wspólnoty nie są najważniejsze charyzmaty, jak trzeba to się znajdą, ujawnią. To co cenią najbardziej to pokora i uniżenie oraz gotowość do służby. Dlatego na Helu, wiatr Ducha Świętego wieje, jak się wydaje, z wyjątkową mocą.

adoracja

NIECH BĘDZIE TAK, JAK TY CHCESZ, PANIE

Urodziłem się w 1974 roku w Gdyni. Ukończyłem szkołę podstawową, a potem liceum. Nie miałem nawet najmniejszych problemów z nauką. Nie zawsze byłem najlepszy, ale zawsze „z przodu”. Miałem wrodzoną wrażliwość na potrzeby i krzywdę innych, co spowodowało, że dość łatwo zagubiłem się w życiu.

Czas szkoły średniej był dla mnie okresem poszukiwań sensu i głównej wartości życia. Oczywiście wartości i sposób wychowania wyniesione z domu okazały się niezbędne w tych poszukiwaniach i ochroniły mnie przed popełnieniem wielu błędów. Nie oznacza to jednak, że ich nie popełniałem, mimo że zawsze starałem się być wierny swoim ideałom. Jak większość ludzi w naszym kraju, byłem katolikiem chodzącym do kościoła w każdą niedzielę i święta, jednak w środku byłem pusty.

NA ŻYCIOWYM ZAKRĘCIE

Przełomowym momentem w moim życiu był bardzo ciężki wypadek samochodowy, w którym uczestniczyłem. Choć był poważny – nic mi się nie stało. Wtedy zrozumiałem, że dostałem w życiu drugą szansę i coś zaczęło się we mnie powoli zmieniać. W międzyczasie poznałem kobietę mojego życia – Anię. Wzięliśmy ślub, a później urodziło się nam dziecko.

Wszystkie moje działania i decyzje były przemyślane, spokojne, wyważone, podejmowane bez pośpiechu. Byłem już wtedy od kilku lat żołnierzem zawodowym. Wydawało mi się, że jestem szczęśliwy w życiu, jakie prowadzę, a jednak ciągle czegoś mi w nim brakowało. Brakowało decyzji o całkowitym podporządkowaniu się woli Boga. On jednak nauczył mnie pokory. Stało się to w momencie, w którym miała przyjść na świat moja ukochana i wytęskniona córeczka. Ostatnie badania przed porodem (oczywiście w prywatnym gabinecie) nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Prawda okazała się jednak być zupełnie inna. Jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy, ogrom bólu mojej ukochanej żony, szaleńcza jazda do szpitala, badania. Musiałem wracać do pracy, ale otrzymałem zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Gdy po ok. dwóch godzinach zadzwoniłem do szpitala z pytaniem, jak przebiega akcja porodowa, uzyskałem odpowiedź, że lekarze najpierw muszą uratować moją żonę, a później moją córeczkę, o ile to się uda.

PANIE, GDZIE JESTEŚ?!

Miałem tysiąc myśli w głowie. Wściekłość zalała moje serce. Niepokój i złość – to były uczucia, które mi towarzyszyły. Gdy dojechałem na miejsce – spotkałem ordynatora, wymieniliśmy kilka zdań na korytarzu. Już wiedziałem: obie żyją, ale moja córeczka Kinga jest w stanie krytycznym. A ja, jeden z najlepiej wyszkolonych w pracy ludzi, mający władzę, powszechnie szanowany – miałem łzy bezsilności w oczach. Czekał mnie kolejny dzień czekania i kolejna rozmowa z ordynatorem pozbawiająca moją córeczkę wszelkich szans na przeżycie i przygotowująca mnie na najgorsze. Kłóciłem się z Bogiem i wyrzucałem mu niesprawiedliwość. Zasypywałem Go pytaniami: Gdzie jesteś, że na to pozwalasz? Gdzie jesteś, kiedy Cię potrzebuję? A On był ciągle koło mnie, tylko moje zaślepione złością oczy tego nie widziały. Aż do momentu, gdy zrozumiałem słowa: „Nie moja, a Twoja wola niech się stanie”.

Gdy pogodziłem się już z ewentualną śmiercią mojej ukochanej córeczki, powiedziałem ordynatorowi, że chcę ją ochrzcić zanim odejdzie. Oczywiście tak się stało. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Jej stan diametralnie się polepszył – z dnia na dzień było lepiej. Po dwóch tygodniach była już w domu całkowicie zdrowa. Dziś czasami żartuję, że tylko ona ma czworo chrzestnych – dwóch ze szpitala (gdy była chrzczona z wody w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia) i dwóch z Kościoła, kiedy już całkowicie zdrowa została oddana Bogu.

Gdy przyszły kolejne trudne doświadczenia (np. po dwóch miesiącach córeczka zachorowała na zapalenie płuc) – byłem już na to duchowo przygotowany. Powiedziałem Jezusowi: Poprowadź mnie, Panie, Tobie powierzam mą drogę. Jezus stał się centralną postacią w moim życiu i nieraz ratował mnie w sytuacjach bez wyjścia. Mówię Mu: Niech będzie, Panie, jak TY chcesz. On jest Drogą, Prawdą i Życiem!Jarek

Wspólnota Magnificat Hel

plakat

JEZU UFAM TOBIE

Wszystko zaczęło się w 1984r, kiedy poznałam Jadzię. Szukałam wtedy rozpaczliwie jak wrócić do Boga. Tak bardzo tego pragnęłam. Oczywiście najprościej byłoby zacząć chodzić  do kościoła, ale ja chciałam i spowiedź i komunię, a tu były zaległości z 2-3 lat i nie bardzo wiedziałam jak sobie z tym poradzić. W mojej rodzinie nie było silnych tradycji praktyk religijnych. Wtedy Bóg postawił na mojej drodze Jadzię. Spotkałyśmy się na spacerze z dziećmi i bardzo ją polubiłam. Dziś mimo dzielącej nas teraz odległości jest dla mnie prawdziwą siostrą i cieszę się, że jej dzieci dalej mówią o mnie – ciocia. Bóg prowadził mnie powoli, ostrożnie. Jadzia zaprosiła mnie na spotkanie wspólnoty, ale tak delikatnie; przyjdź, zobacz, będzie ci łatwiej bo dzieci ci chorują, np. Bartek ma problemy z mówieniem a przy tym  jakiś szczery do bólu lekarz rzucił hasło – dziecko ma pewnie guza mózgu. Szczęśliwie okazało się to nieprawdą – szczegółowe badania wykluczyły taka ewentualność. Spotkania wspólnoty zachwyciły mnie, ale jednak ja sama nie byłam w stanie w nie wejść. Mogłam być, patrzeć, śpiewać, cieszyć się z innymi, pomagać, ale wszystko inne byłoby już dla mnie sztuczne, nienaturalne, nie czułam  potrzeby głębszego otwarcia się. Nie doznałam takiej łaski. Pozostałam przy wspólnocie raczej w roli sympatyka niż uczestnika. Byli mi bliscy; Adam, Krzyś, Jadzia. Jej rodzice byli dla mnie drugą rodziną. Taki jest mój kontakt ze wspólnota do dziś. Kocham was, cenię, jestem szczęśliwa, ze jesteście i bardzo wam dziękuję. Dzięki  Wam życie mojej rodziny nie załamało się. Przyszedł rok 1987 – mieszkaliśmy już wtedy od kilku miesięcy pod Warszawa – pamiętam ten poranek, wszystko wyglądało tak wspaniale. Nowy, pięknie urządzony dom, Jarek dobrze radzi sobie w szkole, Bartus mówi już dobrze. Jest kochany  Jurek, ma dobrą – wymarzoną przez niego – pracę, a ja jestem w trakcie załatwiania pracy. Nagle otrzymuje wiadomość; Jurek będąc w pracy na statku spadł z wys. 7 m / 3 piętro/, na nabrzeże, uderzając głową w szynę. Szybko przyjedź. Jeszcze nie ma wyników badań. Właściwie nic więcej nie wiadomo. Natłok myśli; jak czaszka, kręgosłup, wózek inwalidzki, śmierć. Jest w szoku, na razie żyje. Nie prosiłam Boga, nie miałam takiej wiary. Uważałam, ze nie jestem dla Niego tak ważna by mnie wysłuchał, zwykły pyłek. Jedyne co mi kołatało w głowie to; Jadzia i wspólnota. Ich wysłucha. Zadzwoniłam do nich i wyruszyłam w drogę do Gdyni. Przez 5 godzin prowadziłam samochód. Bóg dał mi wielki pokój.  Kiedy dotarłam do  Gdyni Jurek był już po badaniach. Był przytomny, sam powiedział, że oprócz 2 szwów na czubku głowy i lekkiego wstrząsu mózgu nic mu nie dolega. To był cud. Minęło 17 lat a on żyje , nadal pracuje na morzu jako kapitan statku. . Dzieci maja ojca a ja wspaniałego męża, który wie co zawdzięcza Bogu i  wspólnocie. Kocha ich i zawsze, w każdym zakątku świata pamięta o przyjaciołach z Helu. W jego życiu ten wypadek zmienił b. dużo. Jurek jest teraz bardzo blisko Boga. A ja? Ja ciągle gdzieś się gubię i zapominam. Buntuję się, nie chcę widzieć tego, co On mi pokazuje. Chcę wszystko robić po swojemu-wedle ludzkiej miary. Ale potem wychodzi  tak jak Bóg chciał i jest dobrze. Mimo wszystko Bóg mnie wspiera, ochrania. Ja cały czas czuje Jego obecność. Chociaż wiem, ze na to nie zasługuję, z tym moim wiecznym buntem, to jednak On czeka.

     Kiedy 10 lat temu lekarze wykryli u mojej mamy raka jelita grubego, nikt nie robił nam nadziei. Dla mnie była to tragedia. Mama nie znała diagnozy, ja tak. Jestem jedynaczką. Rodzice są mi bardzo bliscy. Zadzwoniłam do Jadzi i usłyszałam; bierzemy to w swoje ręce, bądź spokojna. Po operacji lekarz powiedział, zrobiliśmy co było w naszej mocy. W tym miejscu nowotwór jest zawsze złośliwy, źle rokuje, oczywiście będzie chemia. Chemia była koszmarem. Kiedy mój ojciec dzwonił, „Anka ja już nie mogę , ona od rana tylko jęczy” to ja zaraz jechałam i już na parterze słyszałam jęki, bolesne zawodzenie a na tapczanie zwinięty w kłębek strzęp człowieka. I moja bezsilność. Znowu telefon do Helu. To był rok 1994.  Lekarze, których spotkałam, wierzyli w cudowną moc chemii , ale wtedy właśnie na mojej drodze stanął lekarz, który po moim telefonie na Hel powiedział wprost; „ proszę pani my jednak wycofujemy się z chemii, bo ona pani matkę zabije”. I wtedy stał się cud. Stan zdrowia mamy nagle, z dnia na dzień, się poprawił. Była co prawda jeszcze, po 5 latach, jedna operacja , ale teraz wszystko jest dobrze. Mama żyje i cieszy się dobrym zdrowiem. Teraz muszę napisać o czymś czego kompletnie nie rozumiem. Jak to jest, że tylu wspaniałych, dobrych , modlących się ludzi  jest ciężko doświadczanych a ja stale zbuntowana, poszukująca czegoś, łażąca Bogu na boki stale doświadczam Jego łaski, miłości, dobroci? Podobnie  było z moją przyjaciółką -urodziła w wieku 33 lat upragnione dziecko a w pół roku po jego urodzeniu zaczęło dziać się z nim coś okropnego. Stwierdzono bowiem zapalenie opon mózgowych, zakrztuśne zapalenie płuc, wadę serca i wiele innych pomniejszych dolegliwości. Dziecko umierało. Jola jest/była?/ niewierząca. Zapytałam, Jolu zadzwonić na Hel? Tam jest taka grupa modlitewna, oni proszą Boga, oni Go kochają i On ich kocha. Powiedziała ; proszę zadzwoń. Natychmiast zadzwoniłam z prośbą do Jadzi a wieczorem do Joli i usłyszałam ; Aniu to już koniec, zabrali ją do Instytutu Matki i Dziecka na sygnale. Ona umiera. A ja wtedy odpowiedziałam; Jolciu, to dobrze, tak ma być – zobaczysz, to początek nie koniec. I to była prawda. To był początek. Dzisiaj Agnieszka ma 14 lat, a to, że ma  niedosłuch i zespół nadpobudliwości to doprawdy nic. Uczy się zupełnie dobrze. Kocha ludzi i zwierzęta a my z Jurkiem jesteśmy jej rodzicami chrzestnymi. CHWAŁA CI PANIE!

   Przepraszam, ale ja mogłabym dużo jeszcze pisać, bo stale doświadczam czegoś, czym Bóg mnie zaskakuje. Nawet to, że po 10 latach przyjechałam na spotkanie. Przecież to cud. Mam teraz b. trudny okres w życiu. Czuję się zagubiona, zmęczona, popadam w chaos. A tu proszę, wyraźnie słyszę; zatrzymaj się, spójrz na siebie, poczuj. Przyjechałam i poczułam ogromna miłość Boga, cudowne wsparcie wspólnoty, ciepło i dobroć obcych mi czasem ludzi. Wróciło to, z czym wyprowadzałam się z Helu 18 lat temu. Wtedy dziwiłam się, że ludzie tak łatwo i szybko mnie akceptują, że trafiam na tak wspaniałych ludzi i że oni są  ze mną zawsze jak tego potrzebuję. Myślę, że gdzieś głęboko była we mnie taka ciekawość i otwartość na innych ludzi, chęć bycia dla nich. Teraz po prostu  Pan tylko otworzył mi na to oczy i posłał mnie w życiu zawodowym /pedagog/ do służby dzieciom. Proszę Boże, umacniaj mnie w tym. Nie daj mi popaść w rutynę, zachowaj  mi wrażliwość na ludzkie nieszczęście. Jednocześnie dodaj mi sił, abym to wszystko udźwignęła i nie przenosiła złych emocji i zmęczenia na moją rodzinę. Panie Boże dziękuję Ci za wszystko, za wsparcie jakiego mi nieustannie udzielasz, za wspólnotę Magnificat, za to, że trwasz przy mnie bez względu na moje humory, że dałeś mi wspaniałą rodzinę; męża, synów , rodziców. Dziękuję, ze pozwoliłeś mi wyrwać się z obłędnego pędu donikąd i wreszcie przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Jeszcze raz dziękuję Ci za wspólnotę; za radość , siły i poczucie bezpieczeństwa jakie ona mi daje. Za Ojca Rufusa, Jadzię, Leszka i ich wspaniałe dzieci, za Adama z którym tak bardzo lubię rozmawiać, chociaż tak rzadko udaje nam się widzieć. Wreszcie za Mirelę. Widziałem ją po raz pierwszy, a wydała mi się tak bardzo bliska. Bądź Boże przy niej. Dziękuje Panie Jezu! Prowadź mnie, wspieraj, pomagaj dokonywać słusznych wyborów.                    JEZU UFAM TOBIE!    Anna M.

                                                                                                              Góra k. Warszawy

Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym „Magnificat” Hel

wizyt

Morze łask z nieba……

W 2013 roku w środku pięknego, słonecznego lata narodził się Cyprian – najmłodszy z czwórki rodzeństwa. Byliśmy zwykłą rodzina, w niedzielę chodziliśmy do Kościoła, jak każdy mieliśmy swoje marzenia i plany… Nikt z nas nie spodziewał się co przyniesie wkrótce los…

Już w drugim tygodniu życia Cyprianka, rodzinna sielanka została wystawiona na trudną próbę… U naszego syna ujawniły się napady zgięciowe, jedna z najbardziej obciążających rodzajów epilepsji. Początkowo lekarze nie potrafili rozpoznać przyczyny choroby, wiadomo było jednak, że nie rokuje nic dobrego… nie wiedzieli co nam powiedzieć… „Jedyna nadzieja w modlitwie” – usłyszeliśmy. Od tej pory każdy dzień wypełniony był walką o zdrowie Cypriana… widać było, że epilepsja zatrzymuje rozwój dziecka. Pogrążyliśmy się w wypełnionej ogromnym bólem modlitwie… Ojciec Proboszcz w naszej parafii podarował Cyprianowi wodę święconą od Matki Bożej z Lourdes, którą podawaliśmy dziecku po kropelce i zawierzaliśmy naszego synka opiece Matki Bożej… ciągłe wyjazdy do lekarzy, rehabilitacje pochłaniały całe dnie… Starsze rodzeństwo szybko musiało się usamodzielnić. Było ciężko, ale leki dobrze działały na Cypriana, a ćwiczenia przynosiły zadowalające efekty… Nauczył się siedzieć, chodzić i wiele innych umiejętności, na które nie dawano szans…. „To CUD” – usłyszałam na jednej z wizyt lekarskich… Byłam przeszczęśliwa…

Niestety przyszedł dla nas jeszcze trudniejszy czas… Cyprian w wieku 17 miesięcy zachorował na ospę wietrzną… Ten wirus spowodował nawrót epilepsji jeszcze silniejszej i niestety nie do opanowania farmakologicznie… Leki przestały działać… Rok 2015 przyniósł wiele cierpienia, rozpaczy i bezsilności… Okazało się, że Cyprian, który od urodzenia choruje na epilepsję ma rozległą wadę mózgu. Było coraz gorzej, napady padaczkowe pojawiały się każdego dnia… Zmiany leków nie przynosiły poprawy… Podczas najcięższych napadów pojawiał się bezdech, który nas przerażał… Ciągłe czuwanie nad dzieckiem dniem i nocą było wyczerpujące… Byliśmy całkowicie bezradni, a lekarze też nie mogli nic zrobić… Cała rodzina została sparaliżowana tą sytuacją. Starsze dzieci miały koszmary senne i problemy emocjonalne widząc co dzieje się z ich bratem. W międzyczasie okazało się, że starszy brat Nicolas ma wadę serca i najprawdopodobniej chorobę tkanki łącznej i musi być także pod stałą opieką lekarską… Ta sytuacja nas przerosła… Pojawiła się silna depresja, nerwica… problemy finansowe… Tego było zbyt dużo… Nie miałam siły walczyć, nie miałam siły wstać z łóżka… Każdego dnia pojawiała się ta sama bezradność i myśli samobójcze… Ale nie mogłam przecież zostawić czwórki dzieci, które tak bardzo mnie potrzebowały… nie umiałam sobie poradzić z tą beznadziejną sytuacją…

Pewnego dnia mąż wyczytał w internecie o Mszy Św. z modlitwą o uzdrowienie na duszy i ciele. Zaproponował, abyśmy tam pojechali. Zabraliśmy ze sobą chłopców. Rozpoczął się już ROK MIŁOSIERDZIA BOŻEGO. Spotkanie z Panem Jezusem trwało ok. 3-4 godziny. Pamiętam to jak dziś. Pomimo tego, że musiałam przez cały czas trzymać Cypriana na rękach i ze zmęczenia klęcząc osuwałam się na podłogę, to czas jakby się zatrzymał… Brak mi słów, aby opisać te niezwykłe chwile… Łzy spływały po moich policzkach, kiedy Kapłan przechodził obok z Monstrancją… Nauka płynąca z ust Kapłana była dla mnie bezcenna… Dziś wiem, że to Duch Święty napełniał mnie siłą, której tak bardzo mi brakowało… Z niecierpliwością czekałam na następne tak wyjątkowe spotkanie…

Początkowo wydawało się, że moja modlitwa nic nie daje… może nie dla mnie są te wszystkie cudowne łaski – myślałam… Jak bardzo się wtedy myliłam!!! Nie zdawałam sobie sprawy z tego co wokół mnie się dzieje… Powoli moje oczy zaczęły się otwierać i zaczęłam dostrzegać rzeczy, na które wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi, a moja dusza potrzebowała oczyszczenia z grzechów, które do tej pory mi nie przeszkadzały…

Wokół mnie zaczęły pojawiać się ludzie „Aniołowie”, którzy obdarzyli naszą rodzinę wsparciem i wyciągnęli do nas pomocną dłoń. Chłopcy trafili do Fundacji, gdzie gromadzone były środki na ich leczenie. Często nieznajomi otwierali swe serca i pomagali… Okazało się, że najlepszym rozwiązaniem dla Cypriana jest zdiagnozowanie w niemieckiej klinice w kierunku leczenia operacyjnego- usunięcia chorej części mózgu, która zaburza cały rozwój dziecka. Koszty takiego leczenia były jednak ogromne i przerastały nasze możliwości… Pojawiło się jednak mnóstwo dobrych ludzi o wielkich sercach, dzięki którym udało się uzbierać niezbędne środki. Kiedy pojechaliśmy z synem na diagnostykę do Niemiec nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co powiedzą lekarze… Mieliśmy jednak świadomość, że uzbierane pieniądze na leczenie nie dają żadnej gwarancji zdrowia dla Cypriana… Jedynie modlitwa dawała nadzieję… Wszystko w rękach Boga…

Na jednej z Mszy Św. z modlitwą o uzdrowienie pojawił się Kapłan z obrazem Św. Filomeny. Ze łzami w oczach wysłuchałam opowieści o tej niezwykłej Świętej oraz wielu świadectw – uzdrowień, które miały miejsce za wstawiennictwem Św. Filomeny po namaszczeniu chorych miejsc Świętym Olejem. Odszukaliśmy więc mały Kościółek w Luzinie, gdzie co miesiąc przybywają rzesze ludzi, by czcić Św. Filomenę. Ksiądz Zbyszek namaścił głowę Cypranka Św. Olejkiem oraz pobłogosławił naszego synka. Od tej pory przy każdym ciężkim napadzie epileptycznym, gdy zatrzymywał się oddech Cypriana ,namaszczaliśmy Jego głowę Św. Olejkiem i trwaliśmy w modlitwie. Od tego czasu do operacji minął prawie rok… Niesamowite, że ataki stały się dużo łagodniejsze, mijały samoistnie i nie było już konieczności wzywania karetki i ciągłych hospitalizacji…

Pan Jezus zaprosił nas także na spotkania do Odnowy w Duchu świętym „Magnificat” w Helu, gdzie spotkaliśmy niezwykłych ludzi… otrzymaliśmy ogromne wsparcie duchowe… Nie byliśmy już z tymi wszystkimi trudami sami. Mogliśmy podzielić się swoimi problemami, trwaliśmy na wspólnych modlitwach uwielbiając Pana Jezusa i Matkę Przenajświętszą za wszystkie łaski płynące z nieba… Karmiliśmy się słowem Bożym… Odnalazłam prawdziwy sens życia… Pan Jezus stał się moim światłem i moją nadzieją… a wszystkie problemy nie były już tak przytłaczające jak dotychczas…

Tuż przed wyjazdem na leczenie do Niemiec wybraliśmy się na rekolekcje z Ojcem Johnem Bashobora. Zawierzyłam w tej modlitwie całą swoją rodzinę. Wiedziałam bowiem, że Pan Jezus zna nas lepiej niż my sami i On najlepiej wie czego nam potrzeba. Postanowiłam oddać Bożej Opatrzności wszystkie trudy i problemy naszej rodziny. Muszę jednak przyznać, że zostałam bardzo zaskoczona… Stała się niezwykła rzecz podczas tej modlitwy… Poczułam ogromną radość, taką prawdziwą i szczerą… jakiej bardzo dawno już nie czułam… Zrozumiałam, że to Duch Święty mnie dotyka… Tuż po chwili Ojciec John powiedział, że w tej chwili Pan Jezus uzdrawia kobietę z krwotoków, licznych skrzepów i problemów kobiecych… W pierwszej chwili pomyślałam, że to niemożliwe… że to nie mogę być ja, ponieważ nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, aby prosić o uzdrowienie siebie… To byłam jednak ja… Zostałam uzdrowiona z ciężkiej depresji oraz intymnych dolegliwości, które stały się dla mnie już normalnością, a zaczęły się tuż po porodzie Cypriana… Wiedziałam, że czeka mnie operacja, jednak ze względów zdrowotnych syna nie mogłam się poddać zabiegowi… najważniejsze było dla mnie dziecko, które potrzebowało mnie każdego dnia. Uzdrowienie na duszy i ciele dało mi niezachwianą siłę i wiarę, że Pan Jezus jest ze mną we wszystkich trudach i problemach, że nie jestem sama!!! Nauczyłam się dostrzegać to co naprawdę ważne i uświadomiłam sobie, że zawsze kiedy jest mi źle i trudno to odnajduję ukojenie w modlitwie… w różańcu… w Eucharystii…

Modlitwy nasze zostały wysłuchane. W Niemczech okazało się, że główne ognisko padaczkowe umiejscowione jest w tylnej części prawej półkuli mózgu i jest możliwość operowania Cypriana… Wiedzieliśmy, że czeka nas trudny czas… Dodatkowo wkrótce okazało się, że zaszłam w kolejną ciążę… w chwili kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się kolejnego maleństwa poczułam przerażający niepokój, strach… Milion myśli kotłowało się w mojej głowie: ” Jak to możliwe? Przecież Cypriana czeka operacja? Jak ja sobie poradzę? Przecież już teraz jest tak ciężko. A co powiedzą ludzie? Jak ja zniosę te wszystkie komentarze???” I nagle , w jednej chwili, przez ten natłok myśli przebił się jakby głos: „ZAUFAJ” – usłyszałam. To jedno słowo zagłuszało wszystkie niepokoje… Wiem, że to nieprawdopodobne, ale w jednej chwili poczułam szczęście… w głębi serca bardzo chciałam mieć jeszcze kiedyś dziewczynkę… „Panie Jezu to taki jest Twój plan dla mnie” -pomyślałam. Jednak bez uzdrowienia, które miało miejsce na rekolekcjach, pewnie nie byłoby możliwe zajście w ciążę. „Dziękuję Ci Panie Jezu”- pomyślałam. W chwilach, kiedy było naprawdę ciężko uporać się pomówieniami, zawsze wracało słowo „Zaufaj!!!” I tak jest do dnia dzisiejszego… W piątym tygodniu ciąży pojawiło się na mojej bieliźnie krwawienie… W szpitalu powiedziano mi, że ciąża jest zagrożona i prawdopodobnie nastąpi poronienie… Lekarz nie widział serca dziecka… Zalecił mi leżenie… mogłam wstawać wyłącznie do toalety… Byłam załamana, bo Cyprian bardzo potrzebował pomocy we wszystkich czynnościach… nie mogłam całe dnie spędzać w łóżku… Znów oddałam się modlitwie , zawierzyłam Opatrzności Bożej tą sytuację, która przerastała moje możliwości… „Panie Jezu, nie potrafię wybierać pomiędzy dwójką dzieci… Panie Jezu zajmij się tym… Prowadź mnie, a ja zaakceptuję wszystkie Twe decyzje..” Oddałam to dzieciątko opiece Przenajświętszej Maryi Pannie… Nie mogłam uwierzyć, że po kilku dniach wszystkie niepokojące objawy ustąpiły, a wraz z nimi wszystkie niepokoje… Kolejny raz doznałam Łaski Bożej… Nie przerażały mnie już nawet uszczypliwości innych… Wiedziałam już, że to Boże błogosławieństwo spłynęło na naszą rodzinę… Wspólnota Magnificat okazała mi bardzo duże wsparcie, które było dla mnie niezastąpione… Wspólne modlitwy przynosiły ukojenie duszy i wzmacniały wiarę, nadzieję i miłość… Mogę powiedzieć, że to moja druga rodzina…

Wkrótce okazało się, że Cyprian będzie miał siostrę… Pierwsze jej ruchy poczułam w czasie modlitwy różańcowej… Kiedy patrzę na rosnący brzuch to w mojej głowie jest ciągle Matka Boża, która tak troskliwie dba i ochrania moją małą dziewczynkę….

Pieniądze na operację uzbierały się zaskakująco szybko. Wielu ludzi ofiarowało nam także modlitwę w tym trudnym czasie oczekiwania. Tuż przed wyjazdem do Niemiec ofiarowaliśmy Msze Św. w intencji daru zdrowia dla Cypriana. Na koniec Eucharystii, Ojciec Pius błogosławiąc dziecko podarował Mu medalik z Sanktuarium, gdzie na obrazie Pana Jezusa krew wypływa z Jego serca . Na operację pojechaliśmy otuleni modlitwą… Tylko różaniec (odmawianie Nowenny Pompejańskiej i rozważanie części różańca św.) dał nam siłę, aby przetrwać ten najtrudniejszy czas w naszym życiu. Nie mieściło mi się w głowie na ludzki rozum, jak moje dziecko może funkcjonować bez części mózgu… Kiedy zabrano Cypriana na salę operacyjną nie potrafiliśmy opanować łez… Całkowicie pogrążyliśmy się w modlitwie i poddaliśmy się działaniu Ducha św. Operacja trwała cały dzień… Podczas zabiegu otwierano połowę czaszki i wszystko mogło się zdarzyć… Nie potrafię nawet opisać, co wtedy czułam… Kiedy Cyprian obudził się… od razu wsunął mi się na kolana, mówił mama, wtulał się we mnie, abym przy Nim czuwała, ruszał rączkami, nóżkami, był świadomy… Chwała Tobie Panie Jezu za ten CUD !!! Pierwsze dni były pełne cierpienia… ale z każdym dniem Cyprian czuł sie coraz lepiej… Po dwóch tygodniach tuż przed świętami Bożego Narodzenia wróciliśmy do domu… To były dla nas cudowne Święta… otrzymaliśmy bezcenny prezent – zdrowie Cypriana… Oczywiście czekała jeszcze trudna i żmudna rehabilitacja, ale spływające z nieba łaski dodawały i wciąż dodają nam sił we wszystkich trudnościach… Cyprian małymi kroczkami robi postępy w rozwoju… Nie jest już ciągle zmęczony i otępiały… wcześniej przewracał się przy najmniejszych nierównościach nawet chodząc po trawie, musiał być pod stałą opieką, miał bardzo słabe rączki i nóżki… mając trzy lata jeździł jeszcze w wózku… Teraz mija piąty miesiąc od operacji… Ataki padaczkowe minęły… Wraz z nadchodzącą wiosną ujawniły się sukcesy Cypriana… uwielbia spacery… nie rozstaje się ze swoim rowerkiem biegowym, na którym bez problemu utrzymuje równowagę, biega, wspina się na drabinki, lubi huśtawki, jest pogodny i powoli każdego dnia uczy się nowych umiejętności, które dla zdrowych dzieci sa normalnością, natomiast dla nas są ogromnym sukcesem… Oczywiście Cyprian wymaga jeszcze rehabilitacji, pomocy psychologa, logopedy i pedagoga… aby nauczyć się funkcjonować wśród ludzi, dzieci… Błogosławieństwo Boże jest dla nas cennym drogowskazem, światem i drogą… Wierzę, że to dziecko będzie rosło na chwałę Pana… Cypek nie rozstaje się ze swoim medalikiem, który otrzymał od ojca Piusa… Strzeże Go jak oka w głowie… Aż mi się łza w oku kręci, gdy widzę jak zawieszony na szyi sznureczek wysunie się spod koszulki małego chłopca, a On ucałuje medaliki (Pana Jezusa, Matkę Bożą Pompejańską, Św. Michała Archanioła i Św. Filomenę) i schowa je pod bluzeczkę, aby przypadkiem się któryś nie zgubił. Jak się okazało już po operacji, medalik Pana Jezusa z krwią wypływającą z Jego serca ma niezwykłą siłę odpychającą wszelkie zło i demony związane z epilepsją. Pan Jezus przez ręce Kapłana , bez Jego wiedzy, podarował dziecku tak cenny i niezwykły prezent… To może być tylko działanie Boże, które naprawdę już wielokrotnie ujawniło nam Boże miłosierdzie i morze łask płynących z nieba …

Kolejnym świadectwem Bożego miłosierdzia oraz Opieki Matki Przenajświętszej jest Kaja – dziewczynka, która wkrótce przyjdzie na świat, a Cyprian będzie starszym bratem. W szóstym miesiącu ciąży doznałam poważnego upadku z krzesła, które pękło pod moim ciężarem… Krew lała się strumieniami… W drodze do szpitala nie chciałam nawet myśleć, co z dzieciątkiem… Płakałam z bólu jak dziecko… Nie wiedziałam, czego sie spodziewać… W aucie odmawiałam tylko różaniec w intencji o zdrowie dziecka odliczając kolejno zamiast paciorków, kostki na dłoniach, gdyż nie zdążyłam zabrać z domu różańca… Lekarz patrzył na mnie z politowaniem… Krwiaki i opuchlizna uniemożliwiały badanie ginekologiczne… Z niepokojem oczekiwałam na badanie USG… Matka Boża ochroniła jednak kolejny raz moją małą dziewczynkę, ponieważ wszystkie obrażenia były na zewnątrz, natomiast dzieciątko było nienaruszone… Cierpiałam kilka dni, gdyż miałam problem z siedzeniem, chodzeniem i większość czynności sprawiał mi ból, ale najważniejsze było dla mnie, że dzieciątko jest bezpieczne… Zresztą rany goiły się tak szybko, że nawet lekarz był zdumiony całą tą historią.

Dzisiaj dziękuję Panu Jezusowi za chorobę Cyprianka, za wszystkie trudne chwile, za wszelkie łaski, które zmieniły nasze życie duchowe, pozwoliły odnaleźć drogę i prawdziwy sens życia. Amen.

Wkrótce urodziła się Kaja Helenka – oczekiwana dziewczynka… Tuż przed rozwiązaniem zmarła moja ukochana babcia Helena. Byłam bardzo nieszczęśliwa, że nie mogę pojechać na pogrzeb, gdyż leżałam już w szpitalu. Smutek przeplatał się z niecierpliwością i oczekiwaniem na rozwiązanie… Kaja urodziła się na pokrzepienie serc całej rodziny w godzinę mszy św. pożegnalnej BABCI HELENY… Kolejny raz doświadczyłam niezwykłej łaski Bożej i opieki Aniołów… Poród przebiegł bez problemów, a ból i cierpienie oddałam za dusze w czyśćcu cierpiące, by dostąpiły miłosierdzia Bożego…
Chwała Panu Jezusowi za morze łask płynących z nieba.  Martyna
Wspólnota Magnificat Hel
Ps. Świadectwo otrzymałem 09.05.2017,czyli dokładnie w 33 rocznice powstania naszej wspólnoty. LL

scen

+ Pan przyjął zaproszenie do łodzi mego życia i kolejny raz przekonałam się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

 

„Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego ? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy,  ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.” (1 list do Koryntian 9-10)

            Od tego fragmentu pisma świętego rozpoczęło się moje nawrócenie, które trwać będzie do końca życia. Pan Jezus przez te słowa, dobijał się do mojego serca i sumienia. Dlaczego? Bo oszukiwałam wszystkich dokoła i samą siebie, że wszystko jest w porządku, oprócz tego, że codziennie wieczorem upijałam się. Początkowo wystarczały mi dwa piwa na odstresowanie i odreagowanie całego dnia, po jakimś czasie dwa to było zdecydowanie za mało, potrzebne były już cztery, a na końcu najbardziej byłam szczęśliwa jak na wieczór miałam wino i jeszcze dwa lub trzy piwa na dobry sen. Prowadziłam podwójne życie, na zewnątrz wszystko pięknie się prezentowało, pracowałam, dbałam o siebie, dziecko, dom, ale pod ładnym płaszczykiem kryła się straszliwa rzeczywistość. Moje małżeństwo się rozsypywało, w środku sama siebie nienawidziłam, rano kiedy  budziłam się skacowana, nie mogłam na siebie patrzeć i obiecywałam sobie, że dziś zrobię przerwę, że dzisiejszego wieczora nie będę piła. Oczywiście okłamywałam samą siebie, ponieważ kiedy zbliżała się godzina 15 już kombinowałam do jakiego sklepu pójdę kupić alkohol. Początkowo wytrzymywałam do 20 z otworzeniem pierwszego piwa czy wypiciem pierwszej lampki wina, ale z czasem wszystko nabrało tępa i już o 17 musiałam coś „mieć pod sobą”, żeby się lepiej poczuć, żeby życie tak nie bolało. Wtedy wydawało mi się, że wszyscy są winni tylko nie ja i to przez nich piję, bo ani mój mąż, ani moja teściowa, z która mieszkamy, nic nie rozumieją. Piłam codziennie przez sześć lat, przez ten czas odrzucałam wszystkie racjonalne argumenty mojego męża, nic do mnie nie docierało. Na pierwszym miejscu był alkohol. Pana Boga wyprosiłam z mojego życia, jedynie co mi pozostało to cotygodniowe uczęszczanie w niedziele na mszę świętą, którą traktowałam jako obowiązek, tradycję wpojoną mi od najmłodszych lat. Przyznam, że wówczas bardzo się nudziłam na mszy, zazwyczaj skupiałam się na tym, kto jest w kościele i jak wygląda. Żyłam w nieustannym kłamstwie, okłamywałam męża, że ja nie mam problemu i nie jestem alkoholiczką, przecież w domu jest czysto, pracuję, studiuję, wychowuję dziecko….co on ode mnie chciał, a to że sobie codziennie wypiję to nic złego, bardzo wielu znajomych tak robi. Wówczas mąż wykrzykiwał, że jestem pijaczką. Już wtedy byłam bezsilna, czułam się nic nie warta, mimo że na pozór nie interesowało mnie, co współmałżonek mówi i o co prosi to wewnętrznie czułam ogromną pustkę, ból który rozrywał mnie od środka, w nocy pijana oskarżałam Pana Boga po co mnie stworzył, miałam żal do niego o wszystko, aż którejś nocy próbowałam podciąć sobie żyły…Pewnego wiosennego poranka 2015 roku kiedy byłam w domu sama, położyłam się krzyżem i płacząc wołałam do Matki Bożej i Pana Jezusa, żeby mi pomogli, ponieważ sama już nie dawałam rady. Szczególnie wołałam do Matki Bożej, żeby mi dała siłę. W niedługim czasie po tym, znajoma w pracy powiedziała mi, że jest taka modlitwa nie do odparcia, która bardzo pomaga. Z zaciekawieniem zapytałam jaka. Odparła, że to Nowenna Pompejańska czyli trzy różańce dziennie. Uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam, o nie to nie dla mnie, w życiu!!! Po kilku tygodniach postanowiłam spróbować prosząc by Matka Boża ratowała mnie i moje małżeństwo. To był bardzo trudny czas, wstawałam rano o piątej skacowana i modliłam się, a wieczorem upijałam się. Dotrwałam do końca, ale w październiku 2015 moje małżeństwo posypało się totalnie.  Aby ratować nasz związek pojechaliśmy z mężem do Warszawy na rekolekcję  z ojcem Manjackalem. Tam Pan zainterweniował po raz pierwszy Podczas tych rekolekcji usłyszałam wewnętrzny głos, nie możesz więcej pić. Wieczorem wróciliśmy na nocleg i była to z mojej strony pierwsza szczera rozmowa z mężem podczas, której przyznałam się do swojego alkoholizmu, do tego, że oprócz tego co on widzi, pije dużo więcej. Wtedy doszłam do takiego stanu, że wino sama wypijałam w dwadzieścia minut i dalej wykonywałam wszystkie prace w domu, a on nic nie zauważał. Pamiętam, że strasznie się wtedy bałam, był o pierwszy dzień jak nic nie piłam od długiego czasu. Wiedziałam jedno, że ten głos, który usłyszałam podczas modlitwy o uzdrowienie nie był złudzeniem, że go sobie nie wymyśliłam. Jednak sama myśl o powrocie paraliżowała mnie strachem. Nie wyobrażałam sobie wrócić do domu i nie pić! Podczas tych rekolekcji Ojciec Manjackal prosił, aby każdy z nas po powrocie odnalazł swoją grupę modlitewną, która pomoże mu trwać przy sercu Pana Jezusa i Matki Bożej, wówczas dostałam wewnętrzne przynaglenie, że moim takim miejscem jest Odnowa w Duchu świętym w Helu, na której spotkania uczęszczałam kiedyś jako dziecko z babcią.

            Powrót do rzeczywistości był koszmarny, początkowo wyczyściłam mieszkanie z pochowanego alkoholu. Każdy dzień był walką, a moją tarczą i mieczem stała się codzienna msza św. i modlitwa różańcowa. Wówczas bardzo przylgnęłam do Matki Bożej. Kiedy chciałam zmówić różaniec musiałam wyjść z domu do lasu i tam głośno się modliłam, ponieważ w  głowie kotłowały mi się różne bluźnierstwa, niekiedy myślałam że zwariowałam. Wówczas niejednokrotnie przychodziły mi chwile zwątpienia, pytania po co to wszystko, przecież tyle osób pije i ma się dobrze. Wtedy wielokrotnie otrzymywałam zawsze jedną i tą samą odpowiedź : „ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.” Te słowa z Pisma świętego wielokrotnie otwierały mi się i wcale nie przy czytaniu Pisma św. (wówczas sporadycznie po nie sięgałam), ale np. na jakimś plakacie, podczas czytania katolickich gazet, to przeczytałam w internecie, to na jakiś rekolekcjach….w ciągu tego trudnego okresu trzeźwienia nasz Ojciec Niebieski nieustannie był przy mnie i przypominał mi, że nie ma innej drogi. Po tych rekolekcjach na nowo zaczęłam poznawać Pana Jezusa, wiele w moim życiu zaczęło się zmieniać i powoli porządkować, choć jak wspomniałam na początku moja droga nawrócenia nieustannie trwa.

            W listopadzie minęły trzy lata od kiedy nie pije i staram się podążać za Jezusem, wiem jedno, że bez Niego to wszystko nie ma sensu. Bogu dziękuję za moją przystań na Helu – grupę Odnowy w Duchu Św., która przyjęła mnie bardzo ciepło, otoczyła wsparciem modlitewnym. Dzięki nim wiem, że nie zwariowałam w tym zwariowanym świecie, że dla Jezusa nie ma odcieni szarości, tylko białe i czarne, kłamstwo i prawda, życie i śmierć, a od naszych wyborów zależy, którą drogą podążamy. Tam doświadczyłam prawdziwej bezinteresownej miłości, bez osądzania i opiniowania, ale z Bożym uściskiem i przytuleniem mnie grzesznej do serca.

            Zostawiając tamto śmierdzące i zakłamane życie dostałam nowe z Jezusem i Matką Bożą. Bogu dziękuję za jego niepojętą i niewysłowioną miłość i cierpliwość do mnie i za wszystkich ludzi, których mi postawił na nowej drodze w trzeźwości. Obecnie jestem w piątym miesiącu ciąży, to cud! W zeszłym roku usłyszałam zaskakującą i bardzo przykrą diagnozę: „nie ma pani szans zajść w ciąże, wygląda to na menopauzę”, inny lekarz był bardziej delikatny i stwierdził, że mam znikome szanse. Kolejny raz przekonałam się, że  dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Pod koniec sierpnia pojechałam do Medjugorje do Matki Bożej, a w październiku zaszłam w ciąże. Chwała Panu za wszystko co mi uczynił.     Córka marnotrawna

Hel, Środa popielcowa, 14.02.2018

fest

Wydarzenia

Nocna adoracja – domowe czuwanie przy Sercu Jezusa!

Dzisiaj tj 8.01.2016r. – u progu Roku Miłosierdzia – kolejny pierwszy piątek miesiąca, dlatego właśnie wczoraj ok. g.22oo zainicjowaliśmy , albo inaczej , kilkoro członków naszej wspólnoty „Magnificat” w Helu czynnie włączyło się w praktykowanie pewnej bardzo ciekawej a nieco pokrytej kurzem praktyki związanej z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Na początku XX wieku o. Mateo Crawley-Boevey, postanowił założyć nocną adorację Najświętszego Serca Pana Jezusa. Polega ona na tym, że z nocy poprzedzającej pierwszy piątek miesiąca poświęca się przynajmniej jedną godzinę od późnego wieczora do rana na adorację Najświętszego Serca Pana Jezusa. Modlitwa może być dowolna byleby była złączona z wynagradzaniem Najświętszemu Sercu za grzechy jakich doznaje. Mogą, a nawet powinny, być też dołączone inne intencje, np. w intencji papieża, członków rodziny, którzy odeszli od wiary, dusze konające tej nocy, czy o królowanie Serca Jezusowego w społeczeństwie. Adoracja nocna jest twórczą realizacją tego co Pan Jezus powiedział Św. Marii Małgorzacie Alcoque:

„Wynagradzaj za niewdzięczności ludzi. Spędź godzinę na modlitwie by zadośćuczynić Bożej sprawiedliwości, by błagać o nawrócenie grzeszników, by honorować Mnie, by pocieszyć Mnie w moim gorzkim cierpieniu gdy zostałem opuszczony przez apostołów kiedy nie chcieli ze mną czuwać jednej godziny”Serdecznie pozdrawiam w Panu LL

KASZUBSKI FESTYN EWANGELIZACYJNY

JASTARNIA 26.07.2015
KUŹNICA 27.07.2015
JURATA 28.07.2015

14 30 ZESPÓŁ PŁOMIENIE
15.0 KORONKA
15.30 PŁOMIENIE CZ.II
15.50 TANCE LEDNICKIE
16.0 RYBACKA ORKIESTRA DĘTA /HISTORIA KASZUB/
17.0 Odnowa w Duchu Św. Hel „Magnificat” /świadectwa/
17.50 TAŃCE LEDNICKIE
18.0 ZESPÓŁ „KASZUBSKIE NENKI” /MIEJSCOWA POEZJA/
18.50 TAŃCE LEDNICKIE
19.0 SŁOWO KAPŁANA /KERYGMAT/
20.0 ZESPÓŁ EWANGELIZACYJNY Z WROCŁAWIA

NA TELEBIMIE ZOBACZYMY WYŚWIETLANE „OBRAZKI RYBACKIE”. W CZASIE FESTYNU BĘDĄ ZABAWY I KONKURSY DLA DZIECI. RODZINY Z DOMOWEGO KOŚCIOŁA BĘDĄ CZĘSTOWAĆ GOŚCI FESTYNU CIASTEM, KTÓRE PRZYGOTUJA MIEJSCOWE GOSPODYNIE. BĘDZIE RÓWNIEŻ GRIL.

 

 

Gdynia: Hip-hop z chrześcijańskim przesłaniem

28 marca 2017 w Sali Widowiskowej Klubu 3 Flotylli Okrętów – dawne kino „Grom” Gdynia Oksywie odbył się koncert grupy Wyrwani z Niewoli. Jacek „Heres” Zajkowski i Piotr Zalewski, artyści – ewangelizatorzy kolejny raz odwiedzili Trójmiasto. Z przesłaniem Dobrej Nowiny przez ponad 2 godziny zaserwowali dawkę pozytywnych beatów dla Jezusa. Młodzież: gimnazjalna, przygotowująca się do sakramentu bierzmowania, już bierzmowana, starsza i młodsza miała okazję usłyszeć o Panu Bogu w rytmie Hip-hopu. Blisko 350 uczestników tańczyło, śpiewało i modliło się wychwalając Boga, który wyzwala ku wolności.

Inicjatywa wyszła od marynarza 3FO st.bosma Krystiana Borkowskiego, który zgłosił się do kapelana ks.kpta Artura Samsela i dalej dzieło nabrało tempa. Parafia wojskowa MW w Gdyni Oksywie współpracując z parafiami cywilnymi: Gdynia Dąbrowa – ks. Mariusz, Kosakowo – ks. Tomasz, Wiczlino – ks. Andrzej, Gdynia Oksywie – ks. Piotr, Gdynia Obłuże – ks. Rafał, ks. Jakub, Orunia – ks. Krzysztof, Reda – ks. Paweł, ks. Artur, Chwarzno – ks. Marek, Jastarnia – ks. Zbigniew, ks. Henryk, a także z Radą Rodziców Dzielnicy Gdynia Dąbrowa i wspólnotami „Dzieci Maryi” i Odnowy w Duchu Świętym „Magnificat” z Helu dopięła inicjatywę do końca. Dziełu pobłogosławił i wsparł ks. kmdr Zbigniew Rećko, proboszcz parafii wojskowej w Gdyni, dziekan MW. Plakaty, transport, bezpieczeństwo, koordynacja a przede wszystkim dobre serce to zasługa wielu osób i instytucji, oprócz wymieniowych wyżej szczególną chrześcijańską wdzięcznością należy objąć Dowództwo 3 Flotylli Okrętów, Klub 3 Flotylli Okrętów, Zespół Redakcyjno-Wydawniczy MW i tych wszystkich, których zaangażowanie pozostaje znane samemu Bogu.

XAS

Hip-hop z chrześcijańskim przesłaniem

Wielka pokuta Jasna Góra Częstochowa 2016 Magnificat Hel /Red. J.Karnowski/