Świadectwa Grupy Magnificat

 ds2

 Dziękuję Panie Jezu!
Wielokrotnie zbierałam się na odwagę, aby opowiedzieć jak wiele Pan Bóg uczynił dla mnie dobrego, ale nawet  w tak znamienitej grupie, dla osoby z wrodzona nieśmiałością, nie jest to proste. Dlatego postanowiłam swoje świadectwo przelać na papier. Dziękuje Tobie P. Jezu, w pierwszej kolejności za osoby, które mnie otaczają;  za męża, który jest cudownym i wyjątkowym człowiekiem, prawdziwym przyjacielem, takim „na dobre i na złe”, za rodziców/ teściów/, są oni dobrymi ludźmi, można w nich zobaczyć samego Ciebie Panie Jezu i za wszystkich ludzi ze wspólnoty – zawsze gotowych do pomocy.  Dziękuję Tobie P. Jezu, również za to, że uzdrowiłeś moje ciało i duszę. Pierwszy raz, gdy nosiłam pod sercem Kingusię. Bardzo często wtedy bolał mnie żołądek. Na jednym ze spotkań mąż poprosił Adasia, aby pomodlił się nade mną. W trakcie tej modlitwy poczułam gorąco w okolicy brzucha , ból zaraz ustał i już więcej nie powrócił. Drugi raz przyszedłeś do mnie w czasie Misji Św. W piątek w czasie adoracji po Mszy Św. o. Sylwester prowadził modlitwę o uzdrowienie. Usłyszałam wtedy słowa poznania „w tej chwili uzdrawiane są trzy kobiety ze smutku wewnętrznego i depresji”. Poczułam w tym momencie ogromne ciepło w okolicy serca i zaraz poznałam, ze były to słowa skierowane do mnie. Łzy same cisnęły mi się do oczu. Płakałam jak oszalała, a cały smutek zniknął razem z nimi. Od tego czasu, chociaż nie zawsze na moich ustach gości uśmiech, to jednak serce przepełnione jest wielką radością. Chwała Tobie Panie. Alleluja!.    Ania L.  / Wspólnota modlitewna „Magnificat”/
Kochana wspólnoto „Magnificat”
   Chciałam tą droga gorąco podziękować P. Bogu i Wam za opiekę nade mną i moją rodzina w momencie mojej choroby. Chciałam Wam koniecznie powiedzieć jak ważne i wielkie w moich oczach jest to, co robicie! Pewnie sobie nawet nie uświadamiacie jak cenna dla osoby w sytuacji kryzysowej jest pomoc kogoś z zewnątrz, kogoś, kogo nieszczęście bezpośrednio nie dotyczy i dlatego może chociaż na krótki czas, bez paniki i niepotrzebnych nerwów zająć się zszokowaną i bezradna rodziną, być wtedy z nimi, wspierać trzeźwym spojrzeniem. Dziękuję wszystkim wam za modlitwę i za zainteresowanie moim stanem zdrowia. Oli za ekspresowa i kompleksowa pomoc, Lusi za pyszne kompoty, które stawiają mnie na nogi, oraz Ewie, która zapewniła mi kontakt telefoniczny z rodziną, kiedy byłam w szpitalu i która siedziała przy mnie i troszczyła się , abym nie była głodna po zabiegu. Kiedy Ewa weszła do szpitalnej sali i przedstawiła się, ze jest z helskiej grupy odnowy to moje pierwsze skojarzenie było, ze jesteście jak OŚMIORNICA z mackami nawet w Pucku, ale ośmiornica w dobrym tego słowa znaczeniu – mafią w pozytywnym wymiarze. Ewo, nie obraź się na mnie, za tę „mackę”- jesteś dla mnie dłonią anioła. Wy wszyscy jesteście wspaniałą ośmiornicą. Dziękuję P. Bogu za to, że jesteście. Marzy mi się, aby rozszerzyć taka grupę „pomocową” na obszar Jastarni, Juraty i Kuźnicy – jest mnóstwo potrzeb! Jak mi P. Bóg da siłę stanąć szybko  na nogi to pomyślę o tym. A Wy rośnijcie w siłę , wiarę i moc, aby nadal skutecznie służyć wszystkim tym , którzy bardzo wyczekują pomocy. Dziękuję za wszystko i obiecuję pamiętać o Was w modlitwie.  Grażyna./ Jastarnia 08.02.2006r./
Ps. Przepraszam za chaos, ale jestem jeszcze bardzo słaba.
Jezus w moim życiu!
   Pierwszego papierosa zapaliłem mając  10 lat – nałogowo zacząłem palić w wieku lat 15- a upiłem się  mając 16 lat. Czułem się wtedy dorosły i silny. Porzuciłem szkołę zawodową.  Szukając przygód pojechałem do Gdańska. Szukając podobnego sobie towarzystwa zahaczyłem się w OHP. Tam poznałem dopiero prawdziwe zło i szybko zacząłem w tym wszystkim uczestniczyć. Balangi, alkohol, papierosy to była normalka. Od czasu do czasu – tzn raz w tygodniu – kradliśmy autobus zakładowy i wyjeżdżaliśmy rządzić na wiejskich zabawach. Po takiej nocnej libacji wracaliśmy odstawiając autobus na swoje miejsce. Swoje życiowe porażki  skutecznie topiłem w alkoholu a rozrywką były  bójki. Po dwóch latach szkoły poszedłem do pracy. Oczywiście pracę poszukałem sobie taką, aby być z kumplami do mnie podobnymi. Jezus był na samym końcu. Do kościoła chodziłem raz na tydzień, tylko dlatego, żeby mama mi nie gadała. Ale były tez takie dni, kiedy odzywało się moje sumienie. Próbowałem je zagłuszyć i upijałem się wtedy, bywało, że dwa razy dziennie. Wreszcie się ożeniłem i przyszły na świat dzieci, a ja mimo to nie poczuwałem się do żadnych obowiązków. Jezus jednak ze mnie nie zrezygnował i od czasu do czasu pukał do drzwi mojego serca. Otóż poszedłem pewnego dnia z moją córka do kościoła na godz. 18. Po mszy św. zauważyłem , że otwarte są drzwi do salki obok kościoła. Zaciekawiło mnie to i właściwie sam nie wiem czemu, poszedłem tam i zajrzałem nieśmiało. Animator Leszek zauważył mnie i zaprosił do środka. Usiadłem w kącie więcej z ciekawości niż potrzeby serca, a zebrani  tam ludzie zaczęli  za chwile wielbić Pana Boga. Jednak oni modlili się jakoś inaczej niż to się dzieje w kościele. Wtedy ze mną zaczęło się dziać coś dziwnego. Coś czego nie potrafię wyrazić słowami. Wiem tylko, ze nagle zapragnąłem bardzo Jezusa w moim życiu. Następnego dnia poszedłem do spowiedzi i Komunii Św., a czułem się wtedy tak, jak gdybym przyjmował Komunię Św. po raz pierwszy w swoim życiu. Od tego dnia Eucharystia ma dla mnie wielkie znaczenie. Przyjmuje Jezusa do swego serca, kiedy tylko mogę i widzę jak Jezus działa w moim życiu każdego dnia. Przekonałem się wielokrotnie, że gdy przychodzą trudnie dni, cierpienie, to On zawsze  jest przy mnie i pomaga mi ten trudny czas przetrwać. Wierzę głęboko, że tylko On wie najlepiej co jest dla mnie dobre i nic co mogłoby mi szkodzić mi nie zaproponuje. Od momentu, gdy zaufałem Jezusowi , nigdy się na Nim nie zawiodłem. Panie Jezu zgadzam się z Twoją wolą jakakolwiek by ona nie była. Proszę Cię Panie Jezu umacniaj mnie w wierze. Bądź zawsze przy mnie blisko i daj mi moc , kiedy będzie mi ciężko i źle, abym Cię nigdy nie zawiódł.  JEZU KOCHAM CIĘ. Alleluja! Ps. Wiele myślałem nad tym czemu, albo komu zawdzięczam tę niezasłużona łaskę nawrócenia. Dzisiaj, kiedy większość życia mam za sobą dochodzę do wniosku, że Serce Boga poruszyła, okraszona łzami modlitwa mojej matki. Dziękuje Ci mamusiu. W odnowie jestem 5 lat.  Bronisław. /Wspólnota modlitewna Odnowy w Duchu Św. „Magnificat” Hel/

 

 

ds1

Dla tych wszystkich , którzy zastanawiają się, czy modlitwa może pomóc w trudnych chwilach.
Czy Bóg wysłucha próśb i wskaże drogę, która mamy podążać? Czasem ta nowa droga którą Bóg nas prowadzi odbiega od planów jakie sobie założyliśmy na nasze życie.Przez wiele lat pracując w międzynarodowych firmach zakładałam ze Bóg może pomóc i wysłuchać w kwestiach zdrowia, rodziny ,czy pokoju ,ale kwestie pracy zależą od człowieka,wykształcenia ,doświadczenia i ludzi ,którymi się zawodowo otaczamy .Kiedy straciłam pracę wydawało mi się że to kwestie kilku tygodni może miesięcy, ale nie lat…pomimo znakomitego wykształcenia znajomości języków i wielu lat doświadczenia okazało się, że pracy nie ma.Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, wysyłanie CV, rozmowy i brak jakichkolwiek propozycji. Po drodze poważne choroby dzieci, dzięki Bogu kończące się wyzdrowieniem. Po ponad dwóch latach braku stałej pracy podczas rozmowy z Rodziną usłyszałam o Wspólnocie z Helu i Pani Jadzi, którzy swoją modlitwą wspierają wszystkich potrzebujących. I znowu pomyślałam, że o zdrowie za rodzinę Wspólnota pewnie się modli, ale o pracę …Poprosiłam o modlitwę … i w ciągu kilku tygodni pojawiła się praca. Matka Boża pomogła, Bóg sprawił, że niemożliwe,powrót do pracy w gronie przyjaznych ludzi stał się faktem.
Tym wszystkim, którzy zastanawiają się ,czy prosić o modlitwę. Czy prosić o wsparcie Wspólnoty ? Proście ,a nie będziecie długo czekali na pomoc Matki Najświętszej i Bożą łaskę.
Niech Bóg prowadzi i darzy wszelkimi łaskami Panią Jadzię i Całą Wspólnotę,aby ich modlitwa wspierała wszystkich tych ,których siły ludzkie opuszczają w swoich troskach.
Na zawsze wdzięczna
Małgorzata z Warszawy

ds

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

 

 Mam 52 lata, a na imię Bogdan. Mając na uwadze słowa Pisma św. „Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli. „/ Dz 4,20/, pragnę i ja opowiedzieć o tym, jak doszło do mojego osobistego spotkania z żywym JEZUSEM. Spotkania, które już na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Otóż wychowywałem się w normalnej katolickiej rodzinie tzn. msza św. w każdą niedzielę i oczywiście udział  w innych świętach kościelnych, bo mama kazała. Na usprawiedliwienie mam to, że  nie byłem odosobnionym przypadkiem nastolatka, którego życie tak właśnie wyglądało. Tyle tylko, że to moje chodzenie do kościoła nie tylko nie wydawało dobrych owoców, ale często było wprost  zaprzeczeniem tego, do czego w ewangeliach zapraszał mnie Pan Jezus. Najgorsze jednak było, że mimo, iż takie młodzieżowe przypadłości jak; kłamstwa, kradzieże, nieczystość czy  bijatyki były na porządku dziennym to milczało moje sumienie. Wydawało się, że prawdziwe życie kieruje się prawem dżungli tj „oko za oko, ząb za ząb”, a zawiść czy zemsta są czymś zupełnie oczywistym. W pewnym momencie jednak Jezus upomniał się o mnie.. W 1986 roku, gdy miałem 18 lat i byłem w szkole średniej , Pan dał mi znak stawiając na mojej drodze kolegę z klasy – Jasia. Patrząc na to wszystko teraz, z perspektywy czasu, mogę śmiało powiedzieć o nim „boży człowiek,” chociaż przyznaję, że wtedy odbierany był on w naszym środowisku jako religijny dziwak. Jednak Bóg właśnie przez niego dotarł do mnie i rozpoczął przeprowadzać „kapitalny remont” mojego życia. Spotkania z Jasiem doprowadziły mnie najpierw do podobnych jemu bożych ludzi a następnie do wspólnoty Odnowy w Duchu Św. No i zaczęło się. P. Jezus powoli, ale skutecznie naprawiał mnie. Z każdym dniem coraz szerzej otwierałem swoje serce dla Jezusa i drugiego człowieka. Niezwykle ważnym a przez to i niezapomnianym momentem mego nowego życia była modlitwa wspólnoty nade mną. Najpierw o uzdrowienie wewnętrzne a następnie o wylanie darów Ducha Św. Pamiętam tylko, że po modlitwie o wylanie moja droga powrotna do internatu była doświadczeniem – powiedział bym – ekstatycznym, pełna emocjonalnych uniesień. Miałem wrażenie, że moje stopy nie dotykały ziemi. Stan ten, o dziwo, wcale nie minął po powrocie do domu. Następnego dnia po przebudzeniu czułem się, jakby w moim wnętrzu rozbłysło dziwne światło, zapłonął ogień, który chce wypalić wszystko to, co  było we mnie stare i  złe. Przypominało mi to cudowne narodziny, narodziny dla Boga. Nagle zrozumiałem znaczenie słów Jezusa, że Paraklet „przekona świat o grzechu, o sprawiedliwości i o sądzie” (J 16, 8) . Wtedy też, wręcz fizycznie, moje serce doświadczyło mocy słów Jezusa „Poznacie Prawdę, a Prawda was wyzwoli” (J 8, 32) . Jezus w miejsce starego prawa „oko za oko, ząb za ząb” zaszczepił mi nowe, swoje, boskie; „zło dobrem zwyciężaj”, dawaj każdemu, kto cię prosi, przebaczaj nie 7 a 77 razy itd. itd. Wszyscy wiecie o czym mówię. Nie twierdzę, ze teraz jestem już chodzącym aniołkiem, bo nikt z nas ludzi nie jest bez grzechu, ale z całą pewnością mocna i trwała świadomość tego, że swoim grzesznym postępowaniem  ranię Serce Boga, pozwala mi stawać przed Panem w prawdzie i prosić Go szczerze o przebaczenie. Im jestem starszy tym bardziej wiem jak jestem słaby, ale też teraz już wiem na pewno, że „ Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia ” (Flp 4,13) i , że Jezus jest moja drogą, prawdą i życiem. Bogdan

Ps. Dziękuje ci mamo, że kazałaś.

Hel, 08.01.2019r.

magnifi

”Teraz szturmujcie niebo”

/Świadectwo  ukazało się pod tym tytułem w numerze  62 – 22.11.2011 → Cuda  Autor: Julita Mendyka, Gazeta Polska Codzienna/

Łucja przeczuwała, że wisi nad nią wyrok śmierci. Guz był wyjątkowo złośliwy.

L: Czy goliłeś się? Czy to była woda kolońska? A co tak pachniało? Łucja dopytywała się Adama w drodze powrotnej do domu. Ta sprawa nie dawała jej spokoju. – Łucja – ty jesteś uzdrowiona, odpowiedział jej Adam, który tego dnia modlił się nad nią, na spotkaniu modlitewnym wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Helu

Łucja Wojtczuk z Jastarni wychowywała się w rodzinie katolickiej. Będąc dzieckiem „chodziła” z rodzicami do kościoła. Ale już wtedy buntowała się. Przyrzekła sobie, że jak będzie dorosła, to nie będzie pod dyktando chodzić do kościoła. Zresztą Bóg był wtedy w jej oczach surowym sędzią, który za dobro wynagradza i za zło karze, dlatego nie czuła żadnej więzi z Nim i bała się Go. Tak sobie żyłam bez Boga – mówi pani Łucja. Do czasu.

Za mąż wyszła stosunkowo późno, na świat przyszła syn i córka, ale też wkrótce zapukała do domu Wojtczuków ciężka choroba. Był rok 1991. Badania wykazały chorobę nowotworową. Łucja była przerażona. Jej rodzina była wyjątkowo obciążona genetycznie, wszystkie trzy siostry jej mamy umarły na raka, kuzyni też. Lekarz wówczas powiedział – to bardzo złośliwy rak w lewej piersi, guz wyjątkowo złośliwy -. Mąż Łucji zapytał – i co -. No, może miesiąc, może dwa, a może 10 lat – odpowiedział lekarz. Nikt nie wiedział co będzie poza Bogiem, który postanowił przypomnieć się w życiu Łucji i przy tej okazji zmienić swój wizerunek. Czy rzeczywiście jest surowym sędzią? To się wkrótce miało okazać.

Teraz stukajcie do góry

Choroba zbierała swoje żniwo, operacje, przerzuty, chemie o różnych kolorach, nawet ta czerwona, która sieje postrach wśród pacjentów. Łucja przeczuwała, że wyrok śmierci zawisł już nad nią, patrzyła pełna rozpaczy na małe dzieci i męża, który dzisiaj jak wspomina, posiwiał w jednej chwili. Tadeusz Wojtczuk, był młodym brunetem, lecz gdy usłyszał o chorobie żony zwyczajnie załamał się. Dzieci miały po 5 i 4 lat. Wiadomo, czym jest wychowanie bez matki. Cały czas towarzyszył żonie w chorobie, w życiu które toczyło się między operacjami, chemiami, wizytami lekarskimi i tzw. dołami z powodu zbliżającej się śmierci. Kiedy spotkali się ponownie z lekarzem usłyszeli, że – to, co na ziemi, to ja już zrobiłem, teraz stukajcie do góry-. Pewnie zaczęli stukać, jednak Pan Bóg sprawił, że inni zaczęli mocniej. Jej droga zapełniała się ludźmi z innej rzeczywistości, w której dotąd żyła.

Jak to będzie w grobie

Nie było żadnej poprawy. Łucja zaczęła bać się śmierci. Gdy zasypiała, budziła męża i pytała – jak to będzie w grobie?-. Była to jej obsesją. Pojawiały się nawet myśli samobójcze. Jechała kiedyś na rowerze, a na przeciwko nadjeżdżał tir, pomyślała, że gdyby lekko skręcić, byłoby już po wszystkim. Przeraziła się tej myśli, bo przecież mogłaby by przeżyć i być na wózku jeszcze większym obciążeniem. Taką smutną i zamyśloną na ulicy często widywał ją Adam. Wiedział o jej chorobie, o cierpiącej rodzinie. Zauważył, że jakby Ktoś kazał mu o niej myśleć, zwrócić na nią uwagę. A właściwe to modlić się, bo już wtedy Adam był członkiem grupy modlitewnej Odnowy w Duchu Św. w Helu. Dojeżdżał co tydzień na spotkania z Jastarni do Helu i pewnego dnia stwierdził, że przecież Łucję można zaprosić na modlitwę, do tej właśnie wspólnoty.

Modlitwa ci przecież nie zaszkodzi

Pan Bóg przygotowywał grunt. Przecież Łucja mogła odmówić. Nagle znalazła się jakby na lodowej krze. Nie wiedziała jak się modlić. O modlitwę w swojej intencji prosiła rodzinę i przyjaciół. W tym czasie do Jastarni przyjechał ks. Antoni Konkel jej znajomy misjonarz z Brazylii, mieszkaniec Jastarni. Powiedział: – Łucja – udzielę ci sakramentu chorych-. – Ja nie chcę, ja chcę żyć – upierała się. Nie bój się i popatrz w KKK 1499 jest tylko mowa o uzdrowieniu. – No to daj -. Gdy została namaszczona, poprosił ją:- odmawiaj teraz codziennie koronkę do Miłosierdzia Bożego. W Brazylii, w mojej parafii działy się cuda za przyczyną koronki. – Odtąd codziennie modliłam się tą koronką i wtedy spotkał mnie Adam.- mówi p. Łucja. Słuchaj, a może chciałabyś przyjechać do nas, do Helu. Może byśmy się pomodlili. Modlitwa ci przecież nie zaszkodzi -. -Mogę przyjechać-. Byłam wyjątkowo odporna na to, co tam zobaczyłam: – stałam jak kamień widząc ludzi, którzy wielbią Boga, śpiewają, cieszą się. Słuchałam Pisma św., katechezy i powoli zaczęłam zdawać sobie sprawę, że każde słowo jest do mnie skierowane, że to o mnie -.

Był to zapach pięknych kwiatów

Łucja modliła się we wspólnocie Magnificat co środę i jednocześnie nieubłaganie zbliżał się termin kolejnej wizyty u lekarza. Tej wizyty Łucja bała się jak ognia. Na ostatnim spotkaniu modlitewnym, przed wyjazdem, Łucję ogarnęła rozpacz i gdy grupa wstawiennicza modliła się nad nią, tak zwróciła się do Boga: – Boże jeśli coś już uczyniłeś dla mnie, daj mi znak, abym się nie bała -. Wtedy cała salka wypełniła się zapachem pięknych kwiatów. Łucja pomyślała, że to Adam, który stał najbliżej tak się wyperfumował i modlić się nie mogła od tych zapachów. Tego dnia, wspólnota modliła się w salce przy kościele, nie było ich dużo. Gdy Adam położył ręce na głowie Łucji, nie wiedział, że ona prosi Boga o znak. Zapach jaki wówczas się pojawił był to zapach pięknych kwiatów, dominował zapach róż, był to zapach wielokwiatowy, bardzo intensywny, dlatego przeszkadzał Łucji w skupieniu.

Tu nie ma mojej zasługi, to nie ja

Następnego dnia Łucja pojechała na badania. – Po badaniu, lekarka popatrzyła na mnie i powiedziała: jest pani zdrowa-. To niemożliwe, szok. – Dziękuję pani doktor -. Na szczęście lekarka nie przypisała sobie tego, co się stało: – tu nie ma mojej zasługi, to nie ja -.Łucja płakała, w poczekalni inni chorzy widząc co się dzieje obejmowali ją, wszyscy cieszyli się. Łucja szczęśliwa mówiła im, że to Jezus jest Panem, że to On ją uzdrowił a oni zapewne myśleli, że to emocje. Ale Łucja wiedziała co mówi. Znawcy uzdrowień charyzmatycznych mówią, że gdy Bóg uzdrawia, to nie tylko ciało ale i duszę. Całego człowieka. Czy tak było w tym przypadku? Od tamtej pory minęło 19 lat i Łucja cieszy się życiem, a rodzina cieszy się Łucją. Sama potwierdza, że przed chorobą była osobą nerwowa, upartą, niespokojną, wybuchową. Lubiła kłócić się. Po modlitwach o uzdrowienie jest spokojniejsza, nawet dziecko kiedyś powiedziało: – mama jest inna – . Mąż potwierdza uzdrowienie żony. Lekarze także. Wiele młodych kobiet umarło przed Łucją a ona żyje. Mąż cieszy się z przemiany żony. Zresztą teraz obydwoje trzymają z Bogiem, a On im błogosławi.

Bóg nie mógł mi nic piękniejszego dać

Do dziś trwa także uzdrowienie duchowe. Łucja uwierzyła w miłość Boga. Gdy zaczęła chorować poszła do spowiedzi i usłyszała, od kapłana, że Bóg zawsze daje to, co najlepsze dla nas w danej chwili. Zbuntowała się: – jak to choroba jest najlepsza-. Ksiądz tego nie rozumie, on nie ma dzieci. Dzisiaj z pełną odpowiedzialnością za słowa mówi: – Bóg nie mógł mi nic piękniejszego dać, jak tą chorobę, dziękuję za nią, bez niej nigdy nie zbliżyłabym się do Boga. Łucja jest autentycznie radosna, pełna życia, jak mówi o Bogu dostaje wigoru, energii, czuć jej pewność, że jest ukochanym dzieckiem Boga. Dziś nie wyobraża sobie życia, bez Niego. Jej konfliktowy charakter uległ przemianie, gdy ktoś ją zrani, modli się za tę osobę o łaskę przebaczenia, o błogosławieństwo.. Zmieniły się też wartości Łucji. Kiedyś chciała wszystko mieć. Taka typowa materialna zachłanność naszych czasów. Teraz nie ma dla niej znaczenia sfera materialna, lubi prostotę, nie zabiega o wystrój, jest bardziej uważna na ludzi, którzy przysiadają się do niej, zwłaszcza wczasowicze. Mówią o swoich problemach, a ona opowiada jak Pan Bóg działa i leczy. Uwielbia morze, sztorm, stać na wydmie i modlić się na różańcu, czuć wielkość Boga w przyrodzie.

Na Helu wiatr Ducha Świętego wieje z wyjątkową mocą

Wspólnota Magnificat w Helu ma charyzmat uzdrawiania. To nie jest jedyny przypadek wymodlenia zdrowia. Historia powstania wspólnoty jest bardzo ciekawa. W 1984 r. dwaj koledzy Leszek i Adam, którzy pracowali wtedy w jednym zakładzie a w wolnych chwilach czytali katolickie pisma, znaleźli w nich informacje o ruchu charyzmatycznym w USA. Zapragnęli mocy Ducha św. na Helu. Dotarli do pallotyńskiej parafii św. Elżbiety w Gdańsku i przy jej pomocy założyli grupę w Helu. Modlili się najpierw w domu, później w salkach przy kościele, mimo różnych przeciwności wytrwali. Zauważyli, że gdy się modlą są uzdrowienia. Pani Jadzia, żona Leszka, Adam, potem jeszcze Krzysztof, byli zapraszani do szpitali, do domów, do ludzi będących często daleko od kościoła. A Pan Bóg działał z wielką mocą. Było bardzo dużo uzdrowień. Nawet jeśli nie fizyczne, to ludzie nawracali się. Przypominają się czasy apostołowania Jezusa, gdy wzywano Go jako lekarza, zdrowiała teściowa Piotra i kobieta, która wydała cały majątek na lekarzy. Czy tego typu przypadki mogą mieć miejsce również teraz? Leszek ,Adam i ich przyjaciele ze wspólnoty są głęboko przekonani, że Bóg zawsze uzdrawia. A jeśli tak mało uzdrowień i tak wiele pieniędzy wydanych na lekarzy, to może za mało wiary w nas? /Ale żeby nie było niedomówień zastrzegają, iż b. cenią lekarzy, chętnie korzystają z ich pomocy i modlą się za nich./

Zapytałam Adama jak broni się przed pychą będąc świadkiem wielu uzdrowień: -głównie modlitwą – odpowiada. Bronię się Pismem św., psalmami, przez które uświadamiam sobie kim jestem. To mnie sprowadza na ziemię. To wszystko czyni Bóg. Leszek, też stara się wszystko opierać na miłości i prawdzie: – żeby coś żyło musi być oparte na prawdzie, tylko przez prawdę możemy się zmienić -. Dla wspólnoty nie są najważniejsze charyzmaty, jak trzeba to się znajdą, ujawnią. To co cenią najbardziej to pokora i uniżenie oraz gotowość do służby. Dlatego na Helu, wiatr Ducha Świętego wieje, jak się wydaje, z wyjątkową mocą.

adoracja

NIECH BĘDZIE TAK, JAK TY CHCESZ, PANIE

Urodziłem się w 1974 roku w Gdyni. Ukończyłem szkołę podstawową, a potem liceum. Nie miałem nawet najmniejszych problemów z nauką. Nie zawsze byłem najlepszy, ale zawsze „z przodu”. Miałem wrodzoną wrażliwość na potrzeby i krzywdę innych, co spowodowało, że dość łatwo zagubiłem się w życiu.

Czas szkoły średniej był dla mnie okresem poszukiwań sensu i głównej wartości życia. Oczywiście wartości i sposób wychowania wyniesione z domu okazały się niezbędne w tych poszukiwaniach i ochroniły mnie przed popełnieniem wielu błędów. Nie oznacza to jednak, że ich nie popełniałem, mimo że zawsze starałem się być wierny swoim ideałom. Jak większość ludzi w naszym kraju, byłem katolikiem chodzącym do kościoła w każdą niedzielę i święta, jednak w środku byłem pusty.

NA ŻYCIOWYM ZAKRĘCIE

Przełomowym momentem w moim życiu był bardzo ciężki wypadek samochodowy, w którym uczestniczyłem. Choć był poważny – nic mi się nie stało. Wtedy zrozumiałem, że dostałem w życiu drugą szansę i coś zaczęło się we mnie powoli zmieniać. W międzyczasie poznałem kobietę mojego życia – Anię. Wzięliśmy ślub, a później urodziło się nam dziecko.

Wszystkie moje działania i decyzje były przemyślane, spokojne, wyważone, podejmowane bez pośpiechu. Byłem już wtedy od kilku lat żołnierzem zawodowym. Wydawało mi się, że jestem szczęśliwy w życiu, jakie prowadzę, a jednak ciągle czegoś mi w nim brakowało. Brakowało decyzji o całkowitym podporządkowaniu się woli Boga. On jednak nauczył mnie pokory. Stało się to w momencie, w którym miała przyjść na świat moja ukochana i wytęskniona córeczka. Ostatnie badania przed porodem (oczywiście w prywatnym gabinecie) nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Prawda okazała się jednak być zupełnie inna. Jeszcze tego samego dnia, a raczej nocy, ogrom bólu mojej ukochanej żony, szaleńcza jazda do szpitala, badania. Musiałem wracać do pracy, ale otrzymałem zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Gdy po ok. dwóch godzinach zadzwoniłem do szpitala z pytaniem, jak przebiega akcja porodowa, uzyskałem odpowiedź, że lekarze najpierw muszą uratować moją żonę, a później moją córeczkę, o ile to się uda.

PANIE, GDZIE JESTEŚ?!

Miałem tysiąc myśli w głowie. Wściekłość zalała moje serce. Niepokój i złość – to były uczucia, które mi towarzyszyły. Gdy dojechałem na miejsce – spotkałem ordynatora, wymieniliśmy kilka zdań na korytarzu. Już wiedziałem: obie żyją, ale moja córeczka Kinga jest w stanie krytycznym. A ja, jeden z najlepiej wyszkolonych w pracy ludzi, mający władzę, powszechnie szanowany – miałem łzy bezsilności w oczach. Czekał mnie kolejny dzień czekania i kolejna rozmowa z ordynatorem pozbawiająca moją córeczkę wszelkich szans na przeżycie i przygotowująca mnie na najgorsze. Kłóciłem się z Bogiem i wyrzucałem mu niesprawiedliwość. Zasypywałem Go pytaniami: Gdzie jesteś, że na to pozwalasz? Gdzie jesteś, kiedy Cię potrzebuję? A On był ciągle koło mnie, tylko moje zaślepione złością oczy tego nie widziały. Aż do momentu, gdy zrozumiałem słowa: „Nie moja, a Twoja wola niech się stanie”.

Gdy pogodziłem się już z ewentualną śmiercią mojej ukochanej córeczki, powiedziałem ordynatorowi, że chcę ją ochrzcić zanim odejdzie. Oczywiście tak się stało. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Jej stan diametralnie się polepszył – z dnia na dzień było lepiej. Po dwóch tygodniach była już w domu całkowicie zdrowa. Dziś czasami żartuję, że tylko ona ma czworo chrzestnych – dwóch ze szpitala (gdy była chrzczona z wody w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia) i dwóch z Kościoła, kiedy już całkowicie zdrowa została oddana Bogu.

Gdy przyszły kolejne trudne doświadczenia (np. po dwóch miesiącach córeczka zachorowała na zapalenie płuc) – byłem już na to duchowo przygotowany. Powiedziałem Jezusowi: Poprowadź mnie, Panie, Tobie powierzam mą drogę. Jezus stał się centralną postacią w moim życiu i nieraz ratował mnie w sytuacjach bez wyjścia. Mówię Mu: Niech będzie, Panie, jak TY chcesz. On jest Drogą, Prawdą i Życiem!Jarek

Wspólnota Magnificat Hel

plakat

JEZU UFAM TOBIE

Wszystko zaczęło się w 1984r, kiedy poznałam Jadzię. Szukałam wtedy rozpaczliwie jak wrócić do Boga. Tak bardzo tego pragnęłam. Oczywiście najprościej byłoby zacząć chodzić  do kościoła, ale ja chciałam i spowiedź i komunię, a tu były zaległości z 2-3 lat i nie bardzo wiedziałam jak sobie z tym poradzić. W mojej rodzinie nie było silnych tradycji praktyk religijnych. Wtedy Bóg postawił na mojej drodze Jadzię. Spotkałyśmy się na spacerze z dziećmi i bardzo ją polubiłam. Dziś mimo dzielącej nas teraz odległości jest dla mnie prawdziwą siostrą i cieszę się, że jej dzieci dalej mówią o mnie – ciocia. Bóg prowadził mnie powoli, ostrożnie. Jadzia zaprosiła mnie na spotkanie wspólnoty, ale tak delikatnie; przyjdź, zobacz, będzie ci łatwiej bo dzieci ci chorują, np. Bartek ma problemy z mówieniem a przy tym  jakiś szczery do bólu lekarz rzucił hasło – dziecko ma pewnie guza mózgu. Szczęśliwie okazało się to nieprawdą – szczegółowe badania wykluczyły taka ewentualność. Spotkania wspólnoty zachwyciły mnie, ale jednak ja sama nie byłam w stanie w nie wejść. Mogłam być, patrzeć, śpiewać, cieszyć się z innymi, pomagać, ale wszystko inne byłoby już dla mnie sztuczne, nienaturalne, nie czułam  potrzeby głębszego otwarcia się. Nie doznałam takiej łaski. Pozostałam przy wspólnocie raczej w roli sympatyka niż uczestnika. Byli mi bliscy; Adam, Krzyś, Jadzia. Jej rodzice byli dla mnie drugą rodziną. Taki jest mój kontakt ze wspólnota do dziś. Kocham was, cenię, jestem szczęśliwa, ze jesteście i bardzo wam dziękuję. Dzięki  Wam życie mojej rodziny nie załamało się. Przyszedł rok 1987 – mieszkaliśmy już wtedy od kilku miesięcy pod Warszawa – pamiętam ten poranek, wszystko wyglądało tak wspaniale. Nowy, pięknie urządzony dom, Jarek dobrze radzi sobie w szkole, Bartus mówi już dobrze. Jest kochany  Jurek, ma dobrą – wymarzoną przez niego – pracę, a ja jestem w trakcie załatwiania pracy. Nagle otrzymuje wiadomość; Jurek będąc w pracy na statku spadł z wys. 7 m / 3 piętro/, na nabrzeże, uderzając głową w szynę. Szybko przyjedź. Jeszcze nie ma wyników badań. Właściwie nic więcej nie wiadomo. Natłok myśli; jak czaszka, kręgosłup, wózek inwalidzki, śmierć. Jest w szoku, na razie żyje. Nie prosiłam Boga, nie miałam takiej wiary. Uważałam, ze nie jestem dla Niego tak ważna by mnie wysłuchał, zwykły pyłek. Jedyne co mi kołatało w głowie to; Jadzia i wspólnota. Ich wysłucha. Zadzwoniłam do nich i wyruszyłam w drogę do Gdyni. Przez 5 godzin prowadziłam samochód. Bóg dał mi wielki pokój.  Kiedy dotarłam do  Gdyni Jurek był już po badaniach. Był przytomny, sam powiedział, że oprócz 2 szwów na czubku głowy i lekkiego wstrząsu mózgu nic mu nie dolega. To był cud. Minęło 17 lat a on żyje , nadal pracuje na morzu jako kapitan statku. . Dzieci maja ojca a ja wspaniałego męża, który wie co zawdzięcza Bogu i  wspólnocie. Kocha ich i zawsze, w każdym zakątku świata pamięta o przyjaciołach z Helu. W jego życiu ten wypadek zmienił b. dużo. Jurek jest teraz bardzo blisko Boga. A ja? Ja ciągle gdzieś się gubię i zapominam. Buntuję się, nie chcę widzieć tego, co On mi pokazuje. Chcę wszystko robić po swojemu-wedle ludzkiej miary. Ale potem wychodzi  tak jak Bóg chciał i jest dobrze. Mimo wszystko Bóg mnie wspiera, ochrania. Ja cały czas czuje Jego obecność. Chociaż wiem, ze na to nie zasługuję, z tym moim wiecznym buntem, to jednak On czeka.

     Kiedy 10 lat temu lekarze wykryli u mojej mamy raka jelita grubego, nikt nie robił nam nadziei. Dla mnie była to tragedia. Mama nie znała diagnozy, ja tak. Jestem jedynaczką. Rodzice są mi bardzo bliscy. Zadzwoniłam do Jadzi i usłyszałam; bierzemy to w swoje ręce, bądź spokojna. Po operacji lekarz powiedział, zrobiliśmy co było w naszej mocy. W tym miejscu nowotwór jest zawsze złośliwy, źle rokuje, oczywiście będzie chemia. Chemia była koszmarem. Kiedy mój ojciec dzwonił, „Anka ja już nie mogę , ona od rana tylko jęczy” to ja zaraz jechałam i już na parterze słyszałam jęki, bolesne zawodzenie a na tapczanie zwinięty w kłębek strzęp człowieka. I moja bezsilność. Znowu telefon do Helu. To był rok 1994.  Lekarze, których spotkałam, wierzyli w cudowną moc chemii , ale wtedy właśnie na mojej drodze stanął lekarz, który po moim telefonie na Hel powiedział wprost; „ proszę pani my jednak wycofujemy się z chemii, bo ona pani matkę zabije”. I wtedy stał się cud. Stan zdrowia mamy nagle, z dnia na dzień, się poprawił. Była co prawda jeszcze, po 5 latach, jedna operacja , ale teraz wszystko jest dobrze. Mama żyje i cieszy się dobrym zdrowiem. Teraz muszę napisać o czymś czego kompletnie nie rozumiem. Jak to jest, że tylu wspaniałych, dobrych , modlących się ludzi  jest ciężko doświadczanych a ja stale zbuntowana, poszukująca czegoś, łażąca Bogu na boki stale doświadczam Jego łaski, miłości, dobroci? Podobnie  było z moją przyjaciółką -urodziła w wieku 33 lat upragnione dziecko a w pół roku po jego urodzeniu zaczęło dziać się z nim coś okropnego. Stwierdzono bowiem zapalenie opon mózgowych, zakrztuśne zapalenie płuc, wadę serca i wiele innych pomniejszych dolegliwości. Dziecko umierało. Jola jest/była?/ niewierząca. Zapytałam, Jolu zadzwonić na Hel? Tam jest taka grupa modlitewna, oni proszą Boga, oni Go kochają i On ich kocha. Powiedziała ; proszę zadzwoń. Natychmiast zadzwoniłam z prośbą do Jadzi a wieczorem do Joli i usłyszałam ; Aniu to już koniec, zabrali ją do Instytutu Matki i Dziecka na sygnale. Ona umiera. A ja wtedy odpowiedziałam; Jolciu, to dobrze, tak ma być – zobaczysz, to początek nie koniec. I to była prawda. To był początek. Dzisiaj Agnieszka ma 14 lat, a to, że ma  niedosłuch i zespół nadpobudliwości to doprawdy nic. Uczy się zupełnie dobrze. Kocha ludzi i zwierzęta a my z Jurkiem jesteśmy jej rodzicami chrzestnymi. CHWAŁA CI PANIE!

   Przepraszam, ale ja mogłabym dużo jeszcze pisać, bo stale doświadczam czegoś, czym Bóg mnie zaskakuje. Nawet to, że po 10 latach przyjechałam na spotkanie. Przecież to cud. Mam teraz b. trudny okres w życiu. Czuję się zagubiona, zmęczona, popadam w chaos. A tu proszę, wyraźnie słyszę; zatrzymaj się, spójrz na siebie, poczuj. Przyjechałam i poczułam ogromna miłość Boga, cudowne wsparcie wspólnoty, ciepło i dobroć obcych mi czasem ludzi. Wróciło to, z czym wyprowadzałam się z Helu 18 lat temu. Wtedy dziwiłam się, że ludzie tak łatwo i szybko mnie akceptują, że trafiam na tak wspaniałych ludzi i że oni są  ze mną zawsze jak tego potrzebuję. Myślę, że gdzieś głęboko była we mnie taka ciekawość i otwartość na innych ludzi, chęć bycia dla nich. Teraz po prostu  Pan tylko otworzył mi na to oczy i posłał mnie w życiu zawodowym /pedagog/ do służby dzieciom. Proszę Boże, umacniaj mnie w tym. Nie daj mi popaść w rutynę, zachowaj  mi wrażliwość na ludzkie nieszczęście. Jednocześnie dodaj mi sił, abym to wszystko udźwignęła i nie przenosiła złych emocji i zmęczenia na moją rodzinę. Panie Boże dziękuję Ci za wszystko, za wsparcie jakiego mi nieustannie udzielasz, za wspólnotę Magnificat, za to, że trwasz przy mnie bez względu na moje humory, że dałeś mi wspaniałą rodzinę; męża, synów , rodziców. Dziękuję, ze pozwoliłeś mi wyrwać się z obłędnego pędu donikąd i wreszcie przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Jeszcze raz dziękuję Ci za wspólnotę; za radość , siły i poczucie bezpieczeństwa jakie ona mi daje. Za Ojca Rufusa, Jadzię, Leszka i ich wspaniałe dzieci, za Adama z którym tak bardzo lubię rozmawiać, chociaż tak rzadko udaje nam się widzieć. Wreszcie za Mirelę. Widziałem ją po raz pierwszy, a wydała mi się tak bardzo bliska. Bądź Boże przy niej. Dziękuje Panie Jezu! Prowadź mnie, wspieraj, pomagaj dokonywać słusznych wyborów.                    JEZU UFAM TOBIE!    Anna M.

                                                                                                              Góra k. Warszawy

Wspólnota Odnowy w Duchu Świętym „Magnificat” Hel

wizyt

Morze łask z nieba……

W 2013 roku w środku pięknego, słonecznego lata narodził się Cyprian – najmłodszy z czwórki rodzeństwa. Byliśmy zwykłą rodzina, w niedzielę chodziliśmy do Kościoła, jak każdy mieliśmy swoje marzenia i plany… Nikt z nas nie spodziewał się co przyniesie wkrótce los…

Już w drugim tygodniu życia Cyprianka, rodzinna sielanka została wystawiona na trudną próbę… U naszego syna ujawniły się napady zgięciowe, jedna z najbardziej obciążających rodzajów epilepsji. Początkowo lekarze nie potrafili rozpoznać przyczyny choroby, wiadomo było jednak, że nie rokuje nic dobrego… nie wiedzieli co nam powiedzieć… „Jedyna nadzieja w modlitwie” – usłyszeliśmy. Od tej pory każdy dzień wypełniony był walką o zdrowie Cypriana… widać było, że epilepsja zatrzymuje rozwój dziecka. Pogrążyliśmy się w wypełnionej ogromnym bólem modlitwie… Ojciec Proboszcz w naszej parafii podarował Cyprianowi wodę święconą od Matki Bożej z Lourdes, którą podawaliśmy dziecku po kropelce i zawierzaliśmy naszego synka opiece Matki Bożej… ciągłe wyjazdy do lekarzy, rehabilitacje pochłaniały całe dnie… Starsze rodzeństwo szybko musiało się usamodzielnić. Było ciężko, ale leki dobrze działały na Cypriana, a ćwiczenia przynosiły zadowalające efekty… Nauczył się siedzieć, chodzić i wiele innych umiejętności, na które nie dawano szans…. „To CUD” – usłyszałam na jednej z wizyt lekarskich… Byłam przeszczęśliwa…

Niestety przyszedł dla nas jeszcze trudniejszy czas… Cyprian w wieku 17 miesięcy zachorował na ospę wietrzną… Ten wirus spowodował nawrót epilepsji jeszcze silniejszej i niestety nie do opanowania farmakologicznie… Leki przestały działać… Rok 2015 przyniósł wiele cierpienia, rozpaczy i bezsilności… Okazało się, że Cyprian, który od urodzenia choruje na epilepsję ma rozległą wadę mózgu. Było coraz gorzej, napady padaczkowe pojawiały się każdego dnia… Zmiany leków nie przynosiły poprawy… Podczas najcięższych napadów pojawiał się bezdech, który nas przerażał… Ciągłe czuwanie nad dzieckiem dniem i nocą było wyczerpujące… Byliśmy całkowicie bezradni, a lekarze też nie mogli nic zrobić… Cała rodzina została sparaliżowana tą sytuacją. Starsze dzieci miały koszmary senne i problemy emocjonalne widząc co dzieje się z ich bratem. W międzyczasie okazało się, że starszy brat Nicolas ma wadę serca i najprawdopodobniej chorobę tkanki łącznej i musi być także pod stałą opieką lekarską… Ta sytuacja nas przerosła… Pojawiła się silna depresja, nerwica… problemy finansowe… Tego było zbyt dużo… Nie miałam siły walczyć, nie miałam siły wstać z łóżka… Każdego dnia pojawiała się ta sama bezradność i myśli samobójcze… Ale nie mogłam przecież zostawić czwórki dzieci, które tak bardzo mnie potrzebowały… nie umiałam sobie poradzić z tą beznadziejną sytuacją…

Pewnego dnia mąż wyczytał w internecie o Mszy Św. z modlitwą o uzdrowienie na duszy i ciele. Zaproponował, abyśmy tam pojechali. Zabraliśmy ze sobą chłopców. Rozpoczął się już ROK MIŁOSIERDZIA BOŻEGO. Spotkanie z Panem Jezusem trwało ok. 3-4 godziny. Pamiętam to jak dziś. Pomimo tego, że musiałam przez cały czas trzymać Cypriana na rękach i ze zmęczenia klęcząc osuwałam się na podłogę, to czas jakby się zatrzymał… Brak mi słów, aby opisać te niezwykłe chwile… Łzy spływały po moich policzkach, kiedy Kapłan przechodził obok z Monstrancją… Nauka płynąca z ust Kapłana była dla mnie bezcenna… Dziś wiem, że to Duch Święty napełniał mnie siłą, której tak bardzo mi brakowało… Z niecierpliwością czekałam na następne tak wyjątkowe spotkanie…

Początkowo wydawało się, że moja modlitwa nic nie daje… może nie dla mnie są te wszystkie cudowne łaski – myślałam… Jak bardzo się wtedy myliłam!!! Nie zdawałam sobie sprawy z tego co wokół mnie się dzieje… Powoli moje oczy zaczęły się otwierać i zaczęłam dostrzegać rzeczy, na które wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi, a moja dusza potrzebowała oczyszczenia z grzechów, które do tej pory mi nie przeszkadzały…

Wokół mnie zaczęły pojawiać się ludzie „Aniołowie”, którzy obdarzyli naszą rodzinę wsparciem i wyciągnęli do nas pomocną dłoń. Chłopcy trafili do Fundacji, gdzie gromadzone były środki na ich leczenie. Często nieznajomi otwierali swe serca i pomagali… Okazało się, że najlepszym rozwiązaniem dla Cypriana jest zdiagnozowanie w niemieckiej klinice w kierunku leczenia operacyjnego- usunięcia chorej części mózgu, która zaburza cały rozwój dziecka. Koszty takiego leczenia były jednak ogromne i przerastały nasze możliwości… Pojawiło się jednak mnóstwo dobrych ludzi o wielkich sercach, dzięki którym udało się uzbierać niezbędne środki. Kiedy pojechaliśmy z synem na diagnostykę do Niemiec nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co powiedzą lekarze… Mieliśmy jednak świadomość, że uzbierane pieniądze na leczenie nie dają żadnej gwarancji zdrowia dla Cypriana… Jedynie modlitwa dawała nadzieję… Wszystko w rękach Boga…

Na jednej z Mszy Św. z modlitwą o uzdrowienie pojawił się Kapłan z obrazem Św. Filomeny. Ze łzami w oczach wysłuchałam opowieści o tej niezwykłej Świętej oraz wielu świadectw – uzdrowień, które miały miejsce za wstawiennictwem Św. Filomeny po namaszczeniu chorych miejsc Świętym Olejem. Odszukaliśmy więc mały Kościółek w Luzinie, gdzie co miesiąc przybywają rzesze ludzi, by czcić Św. Filomenę. Ksiądz Zbyszek namaścił głowę Cypranka Św. Olejkiem oraz pobłogosławił naszego synka. Od tej pory przy każdym ciężkim napadzie epileptycznym, gdy zatrzymywał się oddech Cypriana ,namaszczaliśmy Jego głowę Św. Olejkiem i trwaliśmy w modlitwie. Od tego czasu do operacji minął prawie rok… Niesamowite, że ataki stały się dużo łagodniejsze, mijały samoistnie i nie było już konieczności wzywania karetki i ciągłych hospitalizacji…

Pan Jezus zaprosił nas także na spotkania do Odnowy w Duchu świętym „Magnificat” w Helu, gdzie spotkaliśmy niezwykłych ludzi… otrzymaliśmy ogromne wsparcie duchowe… Nie byliśmy już z tymi wszystkimi trudami sami. Mogliśmy podzielić się swoimi problemami, trwaliśmy na wspólnych modlitwach uwielbiając Pana Jezusa i Matkę Przenajświętszą za wszystkie łaski płynące z nieba… Karmiliśmy się słowem Bożym… Odnalazłam prawdziwy sens życia… Pan Jezus stał się moim światłem i moją nadzieją… a wszystkie problemy nie były już tak przytłaczające jak dotychczas…

Tuż przed wyjazdem na leczenie do Niemiec wybraliśmy się na rekolekcje z Ojcem Johnem Bashobora. Zawierzyłam w tej modlitwie całą swoją rodzinę. Wiedziałam bowiem, że Pan Jezus zna nas lepiej niż my sami i On najlepiej wie czego nam potrzeba. Postanowiłam oddać Bożej Opatrzności wszystkie trudy i problemy naszej rodziny. Muszę jednak przyznać, że zostałam bardzo zaskoczona… Stała się niezwykła rzecz podczas tej modlitwy… Poczułam ogromną radość, taką prawdziwą i szczerą… jakiej bardzo dawno już nie czułam… Zrozumiałam, że to Duch Święty mnie dotyka… Tuż po chwili Ojciec John powiedział, że w tej chwili Pan Jezus uzdrawia kobietę z krwotoków, licznych skrzepów i problemów kobiecych… W pierwszej chwili pomyślałam, że to niemożliwe… że to nie mogę być ja, ponieważ nawet przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, aby prosić o uzdrowienie siebie… To byłam jednak ja… Zostałam uzdrowiona z ciężkiej depresji oraz intymnych dolegliwości, które stały się dla mnie już normalnością, a zaczęły się tuż po porodzie Cypriana… Wiedziałam, że czeka mnie operacja, jednak ze względów zdrowotnych syna nie mogłam się poddać zabiegowi… najważniejsze było dla mnie dziecko, które potrzebowało mnie każdego dnia. Uzdrowienie na duszy i ciele dało mi niezachwianą siłę i wiarę, że Pan Jezus jest ze mną we wszystkich trudach i problemach, że nie jestem sama!!! Nauczyłam się dostrzegać to co naprawdę ważne i uświadomiłam sobie, że zawsze kiedy jest mi źle i trudno to odnajduję ukojenie w modlitwie… w różańcu… w Eucharystii…

Modlitwy nasze zostały wysłuchane. W Niemczech okazało się, że główne ognisko padaczkowe umiejscowione jest w tylnej części prawej półkuli mózgu i jest możliwość operowania Cypriana… Wiedzieliśmy, że czeka nas trudny czas… Dodatkowo wkrótce okazało się, że zaszłam w kolejną ciążę… w chwili kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się kolejnego maleństwa poczułam przerażający niepokój, strach… Milion myśli kotłowało się w mojej głowie: ” Jak to możliwe? Przecież Cypriana czeka operacja? Jak ja sobie poradzę? Przecież już teraz jest tak ciężko. A co powiedzą ludzie? Jak ja zniosę te wszystkie komentarze???” I nagle , w jednej chwili, przez ten natłok myśli przebił się jakby głos: „ZAUFAJ” – usłyszałam. To jedno słowo zagłuszało wszystkie niepokoje… Wiem, że to nieprawdopodobne, ale w jednej chwili poczułam szczęście… w głębi serca bardzo chciałam mieć jeszcze kiedyś dziewczynkę… „Panie Jezu to taki jest Twój plan dla mnie” -pomyślałam. Jednak bez uzdrowienia, które miało miejsce na rekolekcjach, pewnie nie byłoby możliwe zajście w ciążę. „Dziękuję Ci Panie Jezu”- pomyślałam. W chwilach, kiedy było naprawdę ciężko uporać się pomówieniami, zawsze wracało słowo „Zaufaj!!!” I tak jest do dnia dzisiejszego… W piątym tygodniu ciąży pojawiło się na mojej bieliźnie krwawienie… W szpitalu powiedziano mi, że ciąża jest zagrożona i prawdopodobnie nastąpi poronienie… Lekarz nie widział serca dziecka… Zalecił mi leżenie… mogłam wstawać wyłącznie do toalety… Byłam załamana, bo Cyprian bardzo potrzebował pomocy we wszystkich czynnościach… nie mogłam całe dnie spędzać w łóżku… Znów oddałam się modlitwie , zawierzyłam Opatrzności Bożej tą sytuację, która przerastała moje możliwości… „Panie Jezu, nie potrafię wybierać pomiędzy dwójką dzieci… Panie Jezu zajmij się tym… Prowadź mnie, a ja zaakceptuję wszystkie Twe decyzje..” Oddałam to dzieciątko opiece Przenajświętszej Maryi Pannie… Nie mogłam uwierzyć, że po kilku dniach wszystkie niepokojące objawy ustąpiły, a wraz z nimi wszystkie niepokoje… Kolejny raz doznałam Łaski Bożej… Nie przerażały mnie już nawet uszczypliwości innych… Wiedziałam już, że to Boże błogosławieństwo spłynęło na naszą rodzinę… Wspólnota Magnificat okazała mi bardzo duże wsparcie, które było dla mnie niezastąpione… Wspólne modlitwy przynosiły ukojenie duszy i wzmacniały wiarę, nadzieję i miłość… Mogę powiedzieć, że to moja druga rodzina…

Wkrótce okazało się, że Cyprian będzie miał siostrę… Pierwsze jej ruchy poczułam w czasie modlitwy różańcowej… Kiedy patrzę na rosnący brzuch to w mojej głowie jest ciągle Matka Boża, która tak troskliwie dba i ochrania moją małą dziewczynkę….

Pieniądze na operację uzbierały się zaskakująco szybko. Wielu ludzi ofiarowało nam także modlitwę w tym trudnym czasie oczekiwania. Tuż przed wyjazdem do Niemiec ofiarowaliśmy Msze Św. w intencji daru zdrowia dla Cypriana. Na koniec Eucharystii, Ojciec Pius błogosławiąc dziecko podarował Mu medalik z Sanktuarium, gdzie na obrazie Pana Jezusa krew wypływa z Jego serca . Na operację pojechaliśmy otuleni modlitwą… Tylko różaniec (odmawianie Nowenny Pompejańskiej i rozważanie części różańca św.) dał nam siłę, aby przetrwać ten najtrudniejszy czas w naszym życiu. Nie mieściło mi się w głowie na ludzki rozum, jak moje dziecko może funkcjonować bez części mózgu… Kiedy zabrano Cypriana na salę operacyjną nie potrafiliśmy opanować łez… Całkowicie pogrążyliśmy się w modlitwie i poddaliśmy się działaniu Ducha św. Operacja trwała cały dzień… Podczas zabiegu otwierano połowę czaszki i wszystko mogło się zdarzyć… Nie potrafię nawet opisać, co wtedy czułam… Kiedy Cyprian obudził się… od razu wsunął mi się na kolana, mówił mama, wtulał się we mnie, abym przy Nim czuwała, ruszał rączkami, nóżkami, był świadomy… Chwała Tobie Panie Jezu za ten CUD !!! Pierwsze dni były pełne cierpienia… ale z każdym dniem Cyprian czuł sie coraz lepiej… Po dwóch tygodniach tuż przed świętami Bożego Narodzenia wróciliśmy do domu… To były dla nas cudowne Święta… otrzymaliśmy bezcenny prezent – zdrowie Cypriana… Oczywiście czekała jeszcze trudna i żmudna rehabilitacja, ale spływające z nieba łaski dodawały i wciąż dodają nam sił we wszystkich trudnościach… Cyprian małymi kroczkami robi postępy w rozwoju… Nie jest już ciągle zmęczony i otępiały… wcześniej przewracał się przy najmniejszych nierównościach nawet chodząc po trawie, musiał być pod stałą opieką, miał bardzo słabe rączki i nóżki… mając trzy lata jeździł jeszcze w wózku… Teraz mija piąty miesiąc od operacji… Ataki padaczkowe minęły… Wraz z nadchodzącą wiosną ujawniły się sukcesy Cypriana… uwielbia spacery… nie rozstaje się ze swoim rowerkiem biegowym, na którym bez problemu utrzymuje równowagę, biega, wspina się na drabinki, lubi huśtawki, jest pogodny i powoli każdego dnia uczy się nowych umiejętności, które dla zdrowych dzieci sa normalnością, natomiast dla nas są ogromnym sukcesem… Oczywiście Cyprian wymaga jeszcze rehabilitacji, pomocy psychologa, logopedy i pedagoga… aby nauczyć się funkcjonować wśród ludzi, dzieci… Błogosławieństwo Boże jest dla nas cennym drogowskazem, światem i drogą… Wierzę, że to dziecko będzie rosło na chwałę Pana… Cypek nie rozstaje się ze swoim medalikiem, który otrzymał od ojca Piusa… Strzeże Go jak oka w głowie… Aż mi się łza w oku kręci, gdy widzę jak zawieszony na szyi sznureczek wysunie się spod koszulki małego chłopca, a On ucałuje medaliki (Pana Jezusa, Matkę Bożą Pompejańską, Św. Michała Archanioła i Św. Filomenę) i schowa je pod bluzeczkę, aby przypadkiem się któryś nie zgubił. Jak się okazało już po operacji, medalik Pana Jezusa z krwią wypływającą z Jego serca ma niezwykłą siłę odpychającą wszelkie zło i demony związane z epilepsją. Pan Jezus przez ręce Kapłana , bez Jego wiedzy, podarował dziecku tak cenny i niezwykły prezent… To może być tylko działanie Boże, które naprawdę już wielokrotnie ujawniło nam Boże miłosierdzie i morze łask płynących z nieba …

Kolejnym świadectwem Bożego miłosierdzia oraz Opieki Matki Przenajświętszej jest Kaja – dziewczynka, która wkrótce przyjdzie na świat, a Cyprian będzie starszym bratem. W szóstym miesiącu ciąży doznałam poważnego upadku z krzesła, które pękło pod moim ciężarem… Krew lała się strumieniami… W drodze do szpitala nie chciałam nawet myśleć, co z dzieciątkiem… Płakałam z bólu jak dziecko… Nie wiedziałam, czego sie spodziewać… W aucie odmawiałam tylko różaniec w intencji o zdrowie dziecka odliczając kolejno zamiast paciorków, kostki na dłoniach, gdyż nie zdążyłam zabrać z domu różańca… Lekarz patrzył na mnie z politowaniem… Krwiaki i opuchlizna uniemożliwiały badanie ginekologiczne… Z niepokojem oczekiwałam na badanie USG… Matka Boża ochroniła jednak kolejny raz moją małą dziewczynkę, ponieważ wszystkie obrażenia były na zewnątrz, natomiast dzieciątko było nienaruszone… Cierpiałam kilka dni, gdyż miałam problem z siedzeniem, chodzeniem i większość czynności sprawiał mi ból, ale najważniejsze było dla mnie, że dzieciątko jest bezpieczne… Zresztą rany goiły się tak szybko, że nawet lekarz był zdumiony całą tą historią.

Dzisiaj dziękuję Panu Jezusowi za chorobę Cyprianka, za wszystkie trudne chwile, za wszelkie łaski, które zmieniły nasze życie duchowe, pozwoliły odnaleźć drogę i prawdziwy sens życia. Amen.

Wkrótce urodziła się Kaja Helenka – oczekiwana dziewczynka… Tuż przed rozwiązaniem zmarła moja ukochana babcia Helena. Byłam bardzo nieszczęśliwa, że nie mogę pojechać na pogrzeb, gdyż leżałam już w szpitalu. Smutek przeplatał się z niecierpliwością i oczekiwaniem na rozwiązanie… Kaja urodziła się na pokrzepienie serc całej rodziny w godzinę mszy św. pożegnalnej BABCI HELENY… Kolejny raz doświadczyłam niezwykłej łaski Bożej i opieki Aniołów… Poród przebiegł bez problemów, a ból i cierpienie oddałam za dusze w czyśćcu cierpiące, by dostąpiły miłosierdzia Bożego…
Chwała Panu Jezusowi za morze łask płynących z nieba.  Martyna
Wspólnota Magnificat Hel
Ps. Świadectwo otrzymałem 09.05.2017,czyli dokładnie w 33 rocznice powstania naszej wspólnoty. LL

scen

+ Pan przyjął zaproszenie do łodzi mego życia i kolejny raz przekonałam się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

 

„Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego ? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy,  ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący ze sobą, ani złodzieje, ani chciwcy, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.” (1 list do Koryntian 9-10)

            Od tego fragmentu pisma świętego rozpoczęło się moje nawrócenie, które trwać będzie do końca życia. Pan Jezus przez te słowa, dobijał się do mojego serca i sumienia. Dlaczego? Bo oszukiwałam wszystkich dokoła i samą siebie, że wszystko jest w porządku, oprócz tego, że codziennie wieczorem upijałam się. Początkowo wystarczały mi dwa piwa na odstresowanie i odreagowanie całego dnia, po jakimś czasie dwa to było zdecydowanie za mało, potrzebne były już cztery, a na końcu najbardziej byłam szczęśliwa jak na wieczór miałam wino i jeszcze dwa lub trzy piwa na dobry sen. Prowadziłam podwójne życie, na zewnątrz wszystko pięknie się prezentowało, pracowałam, dbałam o siebie, dziecko, dom, ale pod ładnym płaszczykiem kryła się straszliwa rzeczywistość. Moje małżeństwo się rozsypywało, w środku sama siebie nienawidziłam, rano kiedy  budziłam się skacowana, nie mogłam na siebie patrzeć i obiecywałam sobie, że dziś zrobię przerwę, że dzisiejszego wieczora nie będę piła. Oczywiście okłamywałam samą siebie, ponieważ kiedy zbliżała się godzina 15 już kombinowałam do jakiego sklepu pójdę kupić alkohol. Początkowo wytrzymywałam do 20 z otworzeniem pierwszego piwa czy wypiciem pierwszej lampki wina, ale z czasem wszystko nabrało tępa i już o 17 musiałam coś „mieć pod sobą”, żeby się lepiej poczuć, żeby życie tak nie bolało. Wtedy wydawało mi się, że wszyscy są winni tylko nie ja i to przez nich piję, bo ani mój mąż, ani moja teściowa, z która mieszkamy, nic nie rozumieją. Piłam codziennie przez sześć lat, przez ten czas odrzucałam wszystkie racjonalne argumenty mojego męża, nic do mnie nie docierało. Na pierwszym miejscu był alkohol. Pana Boga wyprosiłam z mojego życia, jedynie co mi pozostało to cotygodniowe uczęszczanie w niedziele na mszę świętą, którą traktowałam jako obowiązek, tradycję wpojoną mi od najmłodszych lat. Przyznam, że wówczas bardzo się nudziłam na mszy, zazwyczaj skupiałam się na tym, kto jest w kościele i jak wygląda. Żyłam w nieustannym kłamstwie, okłamywałam męża, że ja nie mam problemu i nie jestem alkoholiczką, przecież w domu jest czysto, pracuję, studiuję, wychowuję dziecko….co on ode mnie chciał, a to że sobie codziennie wypiję to nic złego, bardzo wielu znajomych tak robi. Wówczas mąż wykrzykiwał, że jestem pijaczką. Już wtedy byłam bezsilna, czułam się nic nie warta, mimo że na pozór nie interesowało mnie, co współmałżonek mówi i o co prosi to wewnętrznie czułam ogromną pustkę, ból który rozrywał mnie od środka, w nocy pijana oskarżałam Pana Boga po co mnie stworzył, miałam żal do niego o wszystko, aż którejś nocy próbowałam podciąć sobie żyły…Pewnego wiosennego poranka 2015 roku kiedy byłam w domu sama, położyłam się krzyżem i płacząc wołałam do Matki Bożej i Pana Jezusa, żeby mi pomogli, ponieważ sama już nie dawałam rady. Szczególnie wołałam do Matki Bożej, żeby mi dała siłę. W niedługim czasie po tym, znajoma w pracy powiedziała mi, że jest taka modlitwa nie do odparcia, która bardzo pomaga. Z zaciekawieniem zapytałam jaka. Odparła, że to Nowenna Pompejańska czyli trzy różańce dziennie. Uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam, o nie to nie dla mnie, w życiu!!! Po kilku tygodniach postanowiłam spróbować prosząc by Matka Boża ratowała mnie i moje małżeństwo. To był bardzo trudny czas, wstawałam rano o piątej skacowana i modliłam się, a wieczorem upijałam się. Dotrwałam do końca, ale w październiku 2015 moje małżeństwo posypało się totalnie.  Aby ratować nasz związek pojechaliśmy z mężem do Warszawy na rekolekcję  z ojcem Manjackalem. Tam Pan zainterweniował po raz pierwszy Podczas tych rekolekcji usłyszałam wewnętrzny głos, nie możesz więcej pić. Wieczorem wróciliśmy na nocleg i była to z mojej strony pierwsza szczera rozmowa z mężem podczas, której przyznałam się do swojego alkoholizmu, do tego, że oprócz tego co on widzi, pije dużo więcej. Wtedy doszłam do takiego stanu, że wino sama wypijałam w dwadzieścia minut i dalej wykonywałam wszystkie prace w domu, a on nic nie zauważał. Pamiętam, że strasznie się wtedy bałam, był o pierwszy dzień jak nic nie piłam od długiego czasu. Wiedziałam jedno, że ten głos, który usłyszałam podczas modlitwy o uzdrowienie nie był złudzeniem, że go sobie nie wymyśliłam. Jednak sama myśl o powrocie paraliżowała mnie strachem. Nie wyobrażałam sobie wrócić do domu i nie pić! Podczas tych rekolekcji Ojciec Manjackal prosił, aby każdy z nas po powrocie odnalazł swoją grupę modlitewną, która pomoże mu trwać przy sercu Pana Jezusa i Matki Bożej, wówczas dostałam wewnętrzne przynaglenie, że moim takim miejscem jest Odnowa w Duchu świętym w Helu, na której spotkania uczęszczałam kiedyś jako dziecko z babcią.

            Powrót do rzeczywistości był koszmarny, początkowo wyczyściłam mieszkanie z pochowanego alkoholu. Każdy dzień był walką, a moją tarczą i mieczem stała się codzienna msza św. i modlitwa różańcowa. Wówczas bardzo przylgnęłam do Matki Bożej. Kiedy chciałam zmówić różaniec musiałam wyjść z domu do lasu i tam głośno się modliłam, ponieważ w  głowie kotłowały mi się różne bluźnierstwa, niekiedy myślałam że zwariowałam. Wówczas niejednokrotnie przychodziły mi chwile zwątpienia, pytania po co to wszystko, przecież tyle osób pije i ma się dobrze. Wtedy wielokrotnie otrzymywałam zawsze jedną i tą samą odpowiedź : „ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą królestwa Bożego.” Te słowa z Pisma świętego wielokrotnie otwierały mi się i wcale nie przy czytaniu Pisma św. (wówczas sporadycznie po nie sięgałam), ale np. na jakimś plakacie, podczas czytania katolickich gazet, to przeczytałam w internecie, to na jakiś rekolekcjach….w ciągu tego trudnego okresu trzeźwienia nasz Ojciec Niebieski nieustannie był przy mnie i przypominał mi, że nie ma innej drogi. Po tych rekolekcjach na nowo zaczęłam poznawać Pana Jezusa, wiele w moim życiu zaczęło się zmieniać i powoli porządkować, choć jak wspomniałam na początku moja droga nawrócenia nieustannie trwa.

            W listopadzie minęły trzy lata od kiedy nie pije i staram się podążać za Jezusem, wiem jedno, że bez Niego to wszystko nie ma sensu. Bogu dziękuję za moją przystań na Helu – grupę Odnowy w Duchu Św., która przyjęła mnie bardzo ciepło, otoczyła wsparciem modlitewnym. Dzięki nim wiem, że nie zwariowałam w tym zwariowanym świecie, że dla Jezusa nie ma odcieni szarości, tylko białe i czarne, kłamstwo i prawda, życie i śmierć, a od naszych wyborów zależy, którą drogą podążamy. Tam doświadczyłam prawdziwej bezinteresownej miłości, bez osądzania i opiniowania, ale z Bożym uściskiem i przytuleniem mnie grzesznej do serca.

            Zostawiając tamto śmierdzące i zakłamane życie dostałam nowe z Jezusem i Matką Bożą. Bogu dziękuję za jego niepojętą i niewysłowioną miłość i cierpliwość do mnie i za wszystkich ludzi, których mi postawił na nowej drodze w trzeźwości. Obecnie jestem w piątym miesiącu ciąży, to cud! W zeszłym roku usłyszałam zaskakującą i bardzo przykrą diagnozę: „nie ma pani szans zajść w ciąże, wygląda to na menopauzę”, inny lekarz był bardziej delikatny i stwierdził, że mam znikome szanse. Kolejny raz przekonałam się, że  dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Pod koniec sierpnia pojechałam do Medjugorje do Matki Bożej, a w październiku zaszłam w ciąże. Chwała Panu za wszystko co mi uczynił.     Córka marnotrawna

Hel, Środa popielcowa, 14.02.2018

fest

Wydarzenia

Nocna adoracja – domowe czuwanie przy Sercu Jezusa!

Dzisiaj tj 8.01.2016r. – u progu Roku Miłosierdzia – kolejny pierwszy piątek miesiąca, dlatego właśnie wczoraj ok. g.22oo zainicjowaliśmy , albo inaczej , kilkoro członków naszej wspólnoty „Magnificat” w Helu czynnie włączyło się w praktykowanie pewnej bardzo ciekawej a nieco pokrytej kurzem praktyki związanej z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Na początku XX wieku o. Mateo Crawley-Boevey, postanowił założyć nocną adorację Najświętszego Serca Pana Jezusa. Polega ona na tym, że z nocy poprzedzającej pierwszy piątek miesiąca poświęca się przynajmniej jedną godzinę od późnego wieczora do rana na adorację Najświętszego Serca Pana Jezusa. Modlitwa może być dowolna byleby była złączona z wynagradzaniem Najświętszemu Sercu za grzechy jakich doznaje. Mogą, a nawet powinny, być też dołączone inne intencje, np. w intencji papieża, członków rodziny, którzy odeszli od wiary, dusze konające tej nocy, czy o królowanie Serca Jezusowego w społeczeństwie. Adoracja nocna jest twórczą realizacją tego co Pan Jezus powiedział Św. Marii Małgorzacie Alcoque:

„Wynagradzaj za niewdzięczności ludzi. Spędź godzinę na modlitwie by zadośćuczynić Bożej sprawiedliwości, by błagać o nawrócenie grzeszników, by honorować Mnie, by pocieszyć Mnie w moim gorzkim cierpieniu gdy zostałem opuszczony przez apostołów kiedy nie chcieli ze mną czuwać jednej godziny”Serdecznie pozdrawiam w Panu LL

KASZUBSKI FESTYN EWANGELIZACYJNY

JASTARNIA 26.07.2015
KUŹNICA 27.07.2015
JURATA 28.07.2015

14 30 ZESPÓŁ PŁOMIENIE
15.0 KORONKA
15.30 PŁOMIENIE CZ.II
15.50 TANCE LEDNICKIE
16.0 RYBACKA ORKIESTRA DĘTA /HISTORIA KASZUB/
17.0 Odnowa w Duchu Św. Hel „Magnificat” /świadectwa/
17.50 TAŃCE LEDNICKIE
18.0 ZESPÓŁ „KASZUBSKIE NENKI” /MIEJSCOWA POEZJA/
18.50 TAŃCE LEDNICKIE
19.0 SŁOWO KAPŁANA /KERYGMAT/
20.0 ZESPÓŁ EWANGELIZACYJNY Z WROCŁAWIA

NA TELEBIMIE ZOBACZYMY WYŚWIETLANE „OBRAZKI RYBACKIE”. W CZASIE FESTYNU BĘDĄ ZABAWY I KONKURSY DLA DZIECI. RODZINY Z DOMOWEGO KOŚCIOŁA BĘDĄ CZĘSTOWAĆ GOŚCI FESTYNU CIASTEM, KTÓRE PRZYGOTUJA MIEJSCOWE GOSPODYNIE. BĘDZIE RÓWNIEŻ GRIL.

 

 

Gdynia: Hip-hop z chrześcijańskim przesłaniem

28 marca 2017 w Sali Widowiskowej Klubu 3 Flotylli Okrętów – dawne kino „Grom” Gdynia Oksywie odbył się koncert grupy Wyrwani z Niewoli. Jacek „Heres” Zajkowski i Piotr Zalewski, artyści – ewangelizatorzy kolejny raz odwiedzili Trójmiasto. Z przesłaniem Dobrej Nowiny przez ponad 2 godziny zaserwowali dawkę pozytywnych beatów dla Jezusa. Młodzież: gimnazjalna, przygotowująca się do sakramentu bierzmowania, już bierzmowana, starsza i młodsza miała okazję usłyszeć o Panu Bogu w rytmie Hip-hopu. Blisko 350 uczestników tańczyło, śpiewało i modliło się wychwalając Boga, który wyzwala ku wolności.

Inicjatywa wyszła od marynarza 3FO st.bosma Krystiana Borkowskiego, który zgłosił się do kapelana ks.kpta Artura Samsela i dalej dzieło nabrało tempa. Parafia wojskowa MW w Gdyni Oksywie współpracując z parafiami cywilnymi: Gdynia Dąbrowa – ks. Mariusz, Kosakowo – ks. Tomasz, Wiczlino – ks. Andrzej, Gdynia Oksywie – ks. Piotr, Gdynia Obłuże – ks. Rafał, ks. Jakub, Orunia – ks. Krzysztof, Reda – ks. Paweł, ks. Artur, Chwarzno – ks. Marek, Jastarnia – ks. Zbigniew, ks. Henryk, a także z Radą Rodziców Dzielnicy Gdynia Dąbrowa i wspólnotami „Dzieci Maryi” i Odnowy w Duchu Świętym „Magnificat” z Helu dopięła inicjatywę do końca. Dziełu pobłogosławił i wsparł ks. kmdr Zbigniew Rećko, proboszcz parafii wojskowej w Gdyni, dziekan MW. Plakaty, transport, bezpieczeństwo, koordynacja a przede wszystkim dobre serce to zasługa wielu osób i instytucji, oprócz wymieniowych wyżej szczególną chrześcijańską wdzięcznością należy objąć Dowództwo 3 Flotylli Okrętów, Klub 3 Flotylli Okrętów, Zespół Redakcyjno-Wydawniczy MW i tych wszystkich, których zaangażowanie pozostaje znane samemu Bogu.

XAS

Hip-hop z chrześcijańskim przesłaniem

Wielka pokuta Jasna Góra Częstochowa 2016 Magnificat Hel /Red. J.Karnowski/